środa, 13 października 2010

Muzeum, Małysz i twardziele


Tyle widzi skoczek narciarski dojeżdżając do progku skoczni...


Tym razem nie będzie stricte o sporcie, ale bardziej krajoznawczo. Byłem niedawno w Karpaczu. To miejsce świetne dla wielbicieli gór, wędrówek po kamienistych szlakach i pięknych widoków. Zresztą, ten drugi, co ze mną bloguje, też tam od czasu do czasu zagląda. Co ciekawe, Karpacz poza atrakcjami typowymi dla górskiej miejscowości, ma też inny turystyczny atut. To jedyne – obok Warszawy – miasto w Polsce, które może się pochwalić pięknym muzeum sportu. Od tego stołecznego, wybudowanego z wielkim rozmachem i posiadającego olbrzymią kolekcję, muzeum w Karpaczu różni się diametralnie. Przede wszystkim mieści się w niedużej, górskiej chacie, a ekspozycja dokumentuje przede wszystkim wydarzenia – a jakże, skoro to przede wszystkim kurort narciarski – związane ze sportami zimowymi. Już z daleka widać sportowy charakter tego miejsca – na trawniku przed wejściem stoi bobslej z szyldem muzeum. W środku można znaleźć eksponaty przeróżne: od sprzętu sportowego, przez medale, broszury, akredytacje, zdjęcia, znaczki i inne, przeróżne gadżety związane z imprezami sportowymi. Ciekawa jest m.in. ekspozycja dotycząca historii Biegu Piastów, ale i początku sportów zimowych na Dolnym Śląsku. Można wreszcie znaleźć wszystko o dolnośląskich sportowcach – uczestnikach zimowych igrzysk olimpijskich, choć także o wielkich mistrzach sportu, takich jak Adam Małysz. Ten ostatni złożył nawet swój autograf na ofiarowanych muzeum eksponatach, m.in. startowym plastronie z mistrzostw Polski.
Gwoli ścisłości dodam, że jest to Muzeum Sportu i Turystyki, ale ekspozycja sportowa zdecydowanie bierze w nim górę nad częścią turystyczną. Wejście do tego muzeum polecam każdemu – kosztuje 5 zł (3 zł bilet ulgowy), a wrażenia są niezapomniane. A gdyby komuś, już po wyjściu z muzeum, było mało sportów zimowych, to jakieś 25 min pieszej drogi dalej (a jest to droga mocno pod górę) znajduje się skocznia narciarska Orlinek (nieopodal jest też słynna meta wyścigu kolarskiego Tour de Polgone), której rekordzistą (94,5 m) jest nie kto inny, a nasz „Orzeł z Wisły”. Kiedy nie ma śniegu Orlinek służy turystom jako punkt widokowy. Wykupując bilet za 2 zł można wejść na samą górę. Po pierwsze widok na okolicę z takiej wysokości zapiera dech w piersiach. Po drugie, człowiek może się przez chwilę poczuć jak skoczek narciarski. Tylko, że to nie jest wcale takie fajne uczucie. Siedząc na górze Orlinka, widać... no właśnie, nie widać zeskoku. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby tam wejść, a co dopiero zjechać na nartach i skoczyć. Ale nie od dziś wiadomo, że skoczkowie narciarscy to prawdziwi twardziele.

niedziela, 10 października 2010

Półprodukt zwany mistrzem

Na inaugurację Tauron Basket Ligi beniaminek z Zielonej Góry zlał broniących mistrzowskiego tytułu gdynian spod szyldu Asseco Prokomu. Wydawać by się mogło, że sezon zaczął się od sensacji. Ale jak się temu lepiej przyjrzeć, to żadna sensacja. Ba, to nawet nie jest niespodzianka. Bo do Zielonej Góry na mecz inaugurujący sezon gdynianie wysłali zlepek zawodników z łapanki i drugiego trenera Andrzeja Adamka. Zamiast euroligowych gwiazd kibice zobaczyli Frasunkiewicza, Witkę, Mroza, Kostrzewskiego, Łapetę i kilku innych ligowych wyrobników. I ten trójmiejski trzeci garnitur, nie mający wiele wspólnego z mistrzowskim zespołem, montowany pośpiesznie tuż przed startem ligi, nie miał prawa wygrać z solidnym Zastalem.
Rozumiem, że priorytetem Asseco Prokomu są dobre występy w Eurolidze oraz lidze VTB. I pod kątem tych rozgrywek trener Tomas Pacesas może oszczędzać siły najlepszych graczy, ale już zupełne ich chowanie przed polskimi kibicami jest takim samym objawem braku szacunku dla fanów, jak wysyłanie na mecz wyjazdowy w roli pierwszego szkoleniowca własnego asystenta. Co mają powiedzieć kibice innych drużyn, którzy kupią bilety na pojedynek z mistrzami kraju, a zamiast tego dostaną półprodukt w postaci ich zmienników? To sprawia, że obniża się poziom i prestiż całej ligi, a co za tym idzie jeszcze bardziej podupadnie – i tak już mocno nadwyrężony – wizerunek polskiej koszykówki. Dlatego liczę na to, że śladem ambitnego beniaminka z Zielonej Góry pójdą kolejne drużyny, które sprawią lanie gdynianom i w ten sposób zmuszą Pacesasa, by w kolejnych spotkaniach sam pojawił się na ławce trenerskiej i sięgnął po swoje gwiazdy. Zatem bij (pseudo) mistrza, kto może!