Oczy całego koszykarskiego świata od 3 czerwca zwrócone są na dwa amerykańskie miasta: Boston i Los Angeles. Te bowiem miejsca są areną zmagań najlepszych na świece koszykarskich drużyn, walczących o tytuł mistrza NBA. W rywalizacji do czterech zwycięstw koszykarze L.A. Lakers remisują z Boston Celtics 2:2.
Kilka dni przed rozpoczęciem finałowej potyczki o Puchar Larry’ego O’Briana zastanawiałem się, który element koszykarskiego rzemiosła może okazać się rozstrzygający dla losów tej serii. W artykule, który ukazał się 31 maja w „Słowie Sportowym”, pisałem między innymi:
„(…) Lakersi mają wybitnego strzelca w postaci Kobe Bryanta, którego forma stale rośnie. Boston dysponuje bardziej zbilansowanym składem. Oba zespoły mają w swoich szeregach niesamowitych walczaków (Ron Artest w Lakers i Rasheed Wallace w Celtics). Obecni mistrzowie prowadzeni są przez najbardziej utytułowanego trenera w historii NBA. Phil Jackson ma już na koncie 10 mistrzowskich pierścieni. Bostończycy mają przewagę na pozycji rozgrywającego, Lakersi natomiast wydają się być silniejsi pod koszem. Który element zadecyduje? Forma Kobe Bryanta? Postawa graczy rezerwowych obu ekip? Defensywa Bostonu? (…)”
Jak pokazały cztery dotychczas rozegrane spotkania, każde z zadawanych przeze mnie pytań było jak najbardziej zasadne. Postawa rozgrywającego Celtics przyczyniła się w znacznej mierze do zwycięstwa jego zespołu 103:94 w meczu nr 2. Wówczas Rajon Rondo zanotował triple-double – 19 punktów, 10 zbiórek i 12 asyst. Aż 10 spośród owych punktów Rondo zdobył w ostatniej kwarcie, która zadecydowała o zwycięstwie bostończyków. Postawa rezerwowych dała Celtom kolejne zwycięstwo, tym razem w spotkaniu nr 4. Glen Davis grał przez 22 minuty. W tym czasie rzucił 18 punktów, z czego 9 w ostatnich minutach gry. Nate Robinson, który na parkiecie spędził 18 minut, nie dość, że dał w tym czasie odpocząć podstawowemu rozgrywającemu Celtics, to jeszcze dołożył 12 oczek. Żeby unaocznić znaczenie wyczynów obu zawodników, przytoczę ich dotychczasowe statystyki: Glen Davis w tegorocznych play-offach zdobywa średnio osiem punktów w 21 minut, więc postęp poczynił ogromny. Robinson z kolei przebywa na placu gry średnio przez siedem minut i zdobywa cztery oczka. Teraz, potroił średnią rzucanych punktów. Postawa tych dwóch koszykarzy zapewniła Bostonowi zwycięstwo 96:89 w czwartym spotkaniu. Sposób gry wspomnianych przeze mnie wcześniej „walczaków”, także miał już swój ogromny wpływ na przebieg rywalizacji o mistrzostwo ligi zawodowej. Jeden z najlepszych obrońców NBA, Ron Artest, skutecznie eliminuje z gry lidera i kapitana Celtics, Paula Piearce’a. W meczu nr 2 Pierce zdobył ledwie 10 punktów, trafiając dwa spośród 11 oddanych rzutów z gry. Wszystko dzięki agresywnej obronie gracza Lakers. Zgodnie z przewidywaniami koszykarze z Miasta Aniołów mają przewagę pod tablicami. Pau Gasol i Andrew Bynum w spotkaniu nr 2 zdobyli w sumie 46 oczek, zebrali 6 piłek w ataku i aż 13-krotnie blokowali rzuty swoich rywali! Po stronie Kalifornijczyków zdecydowanym liderem jest Kobe Bryant, który uznany został najlepszym graczem trzech spośród czterech rozegranych dotychczas gier. W tej ostatniej zdobył aż 33 punkty (cały zespół dołożył ledwie 56 – w tym Pau Gasol 21!). Widać wyraźnie, że równomierniej obowiązki strzeleckie rozkładają się po stronie Celtics. W tym samym meczu, w którym Bryant zdobył 33 oczka, a reszta kolegów nie udzieliła mu wystarczającego wsparcia, aż sześciu bostończyków rzuciła między 12 a 19 punktów!
Wydaje się, że każda ze stron w tych czterech meczach wykorzystywała już swoje liczne atuty. Mieliśmy rozstrzygnięcia padające w samych końcówkach, popisy graczy drugiego planu, nieprawdopodobne wyczyny głównych strzelców, walkę fizyczną, wykorzystywanie przewag podkoszowych przez Lakers i znakomite kreowanie gry przez rozgrywających Celtics. Który element okaże się rozstrzygający w kolejnym meczu, do którego dojdzie w nocy z niedzieli na poniedziałek polskiego czasu? Czy objawi się kolejny bohater, jak Glen Davis? Czy może Bryant załatwi sprawę na korzyść obecnych mistrzów NBA dzięki swoim popisom ofensywnym?
Antybohaterowie?
O pracy sędziego mówi się tak: jest ona wykonywana znakomicie wówczas, gdy parkietowego rozjemcy w ogóle się nie zauważa. Gdy natomiast stara się być głównym bohaterem widowiska i odgwizduje przewinienia, których nie było, staje się obiektem kpin i agresji. Podczas tegorocznych finałów sędziów nie da się nie zauważyć. Niemal co akcję korzystają z gwizdków i przerywają grę. Nie było spotkania, w którym kilku koszykarzy nie borykało się z nadmiarem fauli. Pytanie tylko, czy to wina sędziów? Będących pod ostrą krytyką arbitrów chciałbym – co czynię rzadko – wziąć w obronę. Już pierwsza akcja spotkania nr 1 zapowiedziała fizyczną walkę, w której udział zamiar mają wziąć przedstawiciele obu zespołów. W niemalże zapaśniczym stylu zwarli się wówczas Ron Artest i Paul Pierce. Przepychanka skończyła się w parterze, gdzie w porę zainterweniowali sędziowie. Każda akcja to walka, każdy zawodnik próbuje wymusić przewinienie rywala, nie kiedy korzystając ze słownych prowokacji. Arbitrzy, nie chcący doprowadzić do niesportowych zagrań, muszą temperować zapędy koszykarzy. W czwartej kwarcie trzeciego meczu dochodziło do tak kontrowersyjnych sytuacji, że sędziowie aż trzykrotnie korzystać musieli z zapisu wideo, aby rozstrzygnąć, kto ostatni dotknął piłki zanim ta opuściła parkiet, lub gracz której ekipy popełnił faul. Rola rozjemcy, gdy ma się przeciwko sobie liczącą 19 tysięcy ludzi publiczność i kilkunastu ogromnych facetów, którzy walczą o mistrzostwo, nie jest łatwa…
Historia pisana na naszych oczach
Tak utytułowanych zespołów jak Lakers i Celtics na parkietach NBA nie ma. Ci pierwsi znaleźli się w finale po raz trzeci z rzędu i 31. w historii! Bostończycy o trofeum rywalizowali już 20- krotnie. Przegrali tylko trzy razy. Lakersi mają na koncie 15 tytułów mistrza ligi zawodowej. Jeziorowcy i Celtowie do tej pory już 11-krotnie spotykali się w finałach. Po raz pierwszy w 1959 roku. Kalifornijczycy mieli wówczas już 5 tytułów na koncie, zaś Boston tylko jeden. W bezpośredniej rywalizacji lepsi byli jednak ci drudzy. Koszykarze ze stanu Massachusetts rozgromili bardziej utytułowanych rywali 4:0. Ostatnie sezony lat 50., to początek wielkiej dominacji Celtics. W latach 1957-1969 w finałach byli aż 11-krotnie i za każdym razem wygrywali! Aż trudno uwierzyć, ale wśród wielkich pokonanych 7-krotnie znaleźli się w tych latach koszykarze Lakers! Pierwsza finałowa walka pomiędzy tymi zespołami, która zakończyła się wiktorią Kalifornijczyków, miała miejsce w sezonie 1984-85. Wówczas bostończycy w walce do 4 zwycięstw zdołali wygrać ledwie 2 mecze. LA Lakers, z Kareemem Abdul-Jabarrem w składzie, okazało się za silną ekipą. Po raz ostatni te wielkie zespoły zetknęły się w finale 2008 roku. Boston po ponad 20 latach odzyskał wówczas miano najlepszej koszykarskiej drużyny na świecie. Tegoroczna rywalizacja to już 39. finał NBA, w którym występują Lakers lub Celtics.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz