poniedziałek, 14 czerwca 2010

Czerniak zrezygnował z pracy trenerskiej

Pamiętacie trenera Radosława Czerniaka? W ostatnim sezonie prowadził I-ligowy ŁKS Łódź, z którym wywalczył 3. miejsce (do ekstraklasy awansowały dwa najlepsze zespoły). Ale w przeszłości awans do elity wywalczył z Turowem Zgorzelec i Górnikiem Wałbrzych. Szczególnie wprowadzenie do ekstraklasy Wałbrzycha było wielką niespodzianką, bowiem wówczas Górnik miał jeden z niższych budżetów w I lidze. Podczas ubiegłorocznego EuroBasketu pracował w reprezentacji Polski jako asystent Muliego Katzurina. O Radku Czerniaku mam bardzo dobre zdanie – to w swoim fachu profesjonalista, człowiek z zasadami i pasjonat koszykówki. O baskecie można z nim rozmawiać godzinami. Niestety, sprawy rodzinne zmusiły go do porzucenia zawodu trenera (mam nadzieję, że nie na zawsze). Kilka tygodni temu efektem naszego spotkania był tekst (ukazał się w „Słowie Sportowym”), w którym Radek Czerniak podsumował swoją przygodę z koszykówką. Poruszył też wiele bardzo ważnych tematów, o których trenerzy nie zawsze mają odwagę mówić. Zapraszam do lektury!

Najtrudniejsza decyzja w życiu




Jako koszykarz zdobywał medale mistrzostw Polski. Jako trener m.in. wprowadził do ekstraklasy zespoły ze Zgorzelca i Wałbrzycha. Pracował z reprezentacją Polski u boku Muliego Katzurina podczas EuroBasketu 2009. Ale niedawno postanowił wycofać się ze sportowego życia. – Rezygnacja z wykonywania zawodu trenera i odejście od sportu to dla mnie najtrudniejsza decyzja w życiu, ale trzeba umieć oddzielać sprawy ważne od mniej ważnych. A najważniejsza jest dla mnie rodzina – mówi Radosław Czerniak, który na łamach „Słowa Sportowego” podsumował swoją 24-letnią przygodę z koszykówką, opowiadając m.in. o najciekawszych i najważniejszych momentach swojej pracy.


41-letni Czerniak to jeden z najbardziej utalentowanych polskich trenerów. Już jako zawodnik święcił sukcesy, m.in. ze Śląskiem Wrocław, z którym sięgał po medale MP. W swojej karierze zawodniczej czterokrotnie wygrywał tytuł mistrza Polski, zdobył także Puchar Polski. W 2003 roku, jako zawodnik I-ligowego wówczas Turowa Zgorzelec, zakończył karierę. Niemal z marszu został wówczas trenerem tej drużyny.

Wypłyniesz albo popłyniesz

- W Zgorzelcu wszystko się zaczęło. To był wymysł nieżyjącego już prezesa Turowa, pana Kamińskiego, żebym został trenerem. Spadło to na mnie nieoczekiwanie i od razu w pierwszym sezonie mojej pracy w roli trenera wyznaczono mi cel w postaci awansu do ekstraklasy. Usłyszałem wtedy: „albo wypłyniesz, albo popłyniesz”. Udźwignęliśmy to wspólnie z zespołem i ten awans to był dla mnie wymarzony początek przygody z trenerką. Klub, jak na tamte warunki, był bardzo poukładany, ale po awansie nie było mi dane prowadzić Turowa samodzielnie w ekstraklasie. Dwa lata terminowałem i czkałem na swoją szansę. W końcu po dwóch sezonach w roli asystenta nie chciałem czekać dłużej i zdecydowałem się na podjęcie samodzielnej pracy w Górniku Wałbrzych, gdzie był budowany zespół, który miał w I lidze powalczyć o czołową czwórkę. Okazało się, że z bardzo skromnym budżetem i dobrą selekcją w trakcie sezonu, wywalczyliśmy awans do ekstraklasy, co było dla wszystkich szokiem, bo wcześniej nikt na nas nie stawiał. Zespół był fantastyczny, z wielkim charakterem, a jeśli chodzi o fanatyzm kibiców, to mogę postawić znak równości między kibicami Górnika i ŁKS-u. Później, jak popatrzyłem na ten zespół, to aż wierzyć się nie chciało, że awansowaliśmy, tym bardziej, że walczyliśmy z przeciwnościami losu: kontuzjami i zawieszeniami zawodników. Cały nasz sukces był oparty na olbrzymim charcie ducha i cechach wolicjonalnych graczy. To samo udało się wypracować w ostatnim sezonie w ŁKS-ie.

Pasjonaci z Łodzi

To właśnie do Łodzi trafił po dwóch bardzo owocnych latach pracy z Górnikiem (w pierwszym sezonie awans do ekstraklasy, w drugim – mimo skromnego budżetu – pewne utrzymanie w elicie). W zakończonym sezonie prowadzony przez niego ŁKS zajął wysokie 3. miejsce w I lidze, ocierając się o awans do ekstraklasy. – W ŁKS-ie miałem to szczęście, że trafiłem na pasjonatów rządzących klubem, którzy mimo wielu przeciwności losu i zawirowań sponsorskich, potrafili to wszystko udźwignąć i uratować, mimo że w pewnym momencie pojawiła się nawet groźba rozwiązania zespołu. Razem potrafiliśmy dojść do 3. miejsca, choć oczekiwania były dużo mniejsze. Nikt na nas nie stawiał, a nieoczekiwanie mocno powalczyliśmy o awans do ekstraklasy, choć sportowo nie byliśmy na to przygotowani, na co złożyło się wiele czynników, m.in. zdrowotnych. Uważam, że łódzki klub jest bardzo fajnie zorganizowany. Rządzą nim młodzi, ambitni ludzie, dobrze przygotowani do swojej roli, merytorycznie gotowi i zdolni do rozmowy z drużyną o każdym problemie. Na pewno te dwa lata nie są stracone i przykro mi, że musiałem się rozstać z ŁKS-em. Jestem pewny, że ten zespół, wzmocniony może dwoma zawodnikami, wywalczy awans do ekstraklasy. Będę za to trzymał kciuki.

Rodzina jest najważniejsza

Z pewnością w kolejnym sezonie trener osobiście dopilnowałby tego, by ŁKS wywalczył promocję do ekstraklasy, ale po zakończeniu sezonu podjął trudną decyzję o rozstaniu z zawodem trenera, odejściu od sportu i powrocie do Wrocławia, gdzie na stałe mieszka. – Śmierć mojego taty bardzo skomplikowała funkcjonowanie całej mojej rodziny. Okazało się, że nie może to wszystko dalej być tak, jak do tej pory i niezbędny jest mój powrót na stałe do Wrocławia. Nie ukrywam, że wiążąca się z tym rezygnacja z wykonywania zawodu trenera i odejście od sportu, to dla mnie najtrudniejsza decyzja w życiu, ale trzeba umieć oddzielać sprawy ważne od mniej ważnych. A najważniejsza jest dla mnie rodzina – wyjaśnia. Nie wyklucza jednak, że kiedyś do koszykówki wróci. – Nawet jeśli w przyszłości wrócę do koszykówki, to raczej nie do trenerki na wysokim poziomie ligowym, tylko ewentualnie do pracy z młodzieżą. Może nawet nie jest to złe rozwiązanie, bo uważam, że krok po kroku trzeba zacząć odbudowywać koszykówkę we Wrocławiu. Im szybciej uda się to zrobić, tym lepiej.

Przygoda z reprezentacją

Przez półtora roku Czerniak pracował z reprezentacją Polski, która przygotowywała się do występu w EuroBaskecie 2009, którego nasz kraj był gospodarzem. Tę prace wspomina dziś jako bardzo ciekawe doświadczenie. – Dało mi to olbrzymi bagaż doświadczeń. EuroBasket to już była kulminacja, ale wcześniej graliśmy mecze z bardzo wymagającymi rywalami, m.in. Argentyną, Hiszpanią, Niemcami i Włochami. Widziałem z bliska, jak te kadry są zorganizowane, jak funkcjonują sztaby trenerskie, jak wygląda organizacja pracy wokół kadry. Widziałem wreszcie, jak te zespoły grają i jakie są nowoczesne trendy w koszykówce. To jest coś najlepszego, co przytrafiło mi się w mojej karierze trenerskiej. Niestety, przed końcem tego sezonu, wiedząc, że już nie będę zawodowo pracował w koszykówce, musiałem poinformować o tym władze PZKosz i moja przygoda z kadrą dobiegła końca. Była to dla mnie praca bardzo nobilitująca i przede wszystkim mająca wymierne korzyści sportowe – opowiada. Jak ocenia występ biało-czerwonych podczas EuroBasketu? – Troszkę zachłysnęliśmy się dwoma zwycięstwami grupowymi. Po nich zespół jakby trochę odetchnął, że to, co miał zrobić, to wykonał. Gdybyśmy mocniej uwierzyli, że stać nas na coś więcej, to być może wyrwalibyśmy jeszcze jedno zwycięstwo, które mogło dać przepustkę do ćwierćfinału. Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że przegraliśmy z bardzo dobrymi drużynami, które później były w strefie medalowej – wylicza. Teraz Czerniak zamierza trzymać kciuki za Igora Griszczuka, który poprowadzi reprezentację w letnich eliminacjach do mistrzostw Europy 2011. – Uważam, że spośród trenerów pracujących w Polsce, Griszczuk to najlepsza opcja i chciałbym, żebyśmy wszyscy wspierali kadrę i jej trenera – mówi.

Poziom ligi spada

Ogólnie wynik kadry w ME należy uznać za przyzwoity, choć… – Reprezentacja zaciemnia obraz polskiej koszykówki, bo zbierają się koszykarze, którzy występują za granicą, z Marcinem Gortatem na czele, których na co dzień w Polsce nie oglądamy. Bardzo chciałbym, że równie duży wpływ na grę kadry mieli zawodnicy, których znamy z występów w polskiej lidze i których możemy oglądać na co dzień. Na razie jest to niemożliwe, ale jeżeli zaczniemy sukcesywnie podnosić poziom ligi i polskich graczy, to tak się stanie. Z tym, że nie jest to proste, bo, niestety, poziom polskiej ligi z roku na rok spada. Mogę śmiało powiedzieć, że prowadzony przeze mnie zespół Górnika Wałbrzych sprzed trzech lat, który wówczas walczył o utrzymanie, w obecnym sezonie bez problemów załapałby się do fazy play-off. Szansę poprawy tej sytuacji widzę jedynie w mądrych prezesach klubów, którzy będą chcieli poprawić coś na lepsze i m.in. sięgną po polskich trenerów. To nie jest tak, że dobrych, polskich trenerów nie ma. Są, ale nikt ich nie sprawdza. Gdyby dostali szansę, to wreszcie dochowalibyśmy się fajnych, rodzimych szkoleniowców i bylibyśmy z nich dumni. Bo to nie jest tak, że polska myśl szkoleniowa jest zacofana. To jest tylko kwestia dodania trenerom pewności siebie.

Trenerzy do szkoły

Dwa lata temu wystartował pionierski projekt polskiej szkoły trenerów, która kształci młodych szkoleniowców. Z takiej formy edukacji skorzystał także Radosław Czerniak. – Jestem uczestnikiem pierwszego rocznika polskiej szkoły trenerów, która funkcjonuje pod auspicjami PZKosz. Uważam, że jest to coś absolutnie fantastycznego. Twórcy szkoły chyba sami nie spodziewali się, że tak wiele dobrego uda się zrobić, jeśli chodzi o trenerów młodego pokolenia. Na zajęcia uczęszcza ponad 40 młodych trenerów z całej Polski, a chętnych do podjęcia nauki było ponad stu. Wiem, że wielu trenerów nie zgłosiło się do tej szkoły – być może myśleli, że są ponad to i wiedzą więcej. Ale tak nie jest. Ja już w życiu sportowym widziałem sporo, zarówno jako koszykarz, jak i trener, a mimo to na każdym zjeździe szkoły trenerów było dla mnie coś ciekawego i coś nowego. Zajęcia (treningi mentalne, fizyczne i czysto koszykarskie) prowadzili bardzo fajni ludzie, którzy przyjeżdżali z całego świata (USA, Francja, kraje bałkańskie). W czerwcu pierwszy rocznik skończy szkołę, ale powstaje pytanie, co dalej? Tych 40 młodych trenerów chce swoją wiedzę gdzieś spożytkować, ale nie jest to proste. Polska liga jest zdominowana przez trenerów obcokrajowców wątpliwej jakości. Tak naprawdę wpływ na jej kształt mieli tylko Andrej Urlep i Saso Filipovski. Reszta, jak dla mnie, to trenerzy słabi lub w najlepszym przypadku przeciętni. Jest wiele przykładów klubów, które co roku partaczą sprawy sportowe, a młodzi ludzie ze szkoły trenerów, za dużo mniejsze budżety, zrobiliby podobne, jak nie lepsze wyniki. Problemem jest, że w lidze najczęściej dochodzi do układów personalnych między prezesami klubów, trenerami i agentami sprowadzającymi zawodników. Dlatego w najlepszych klubach polscy trenerzy praktycznie nie mają szans na pracę. Zostają kluby z niskimi budżetami, w których od trenera wymaga się bardzo wiele, stwarzając nieporównywalnie gorsze warunki do pracy od tych, jakie mają trenerzy przyjeżdżający do PLK z zagranicy.

Etyka w pracy

- Wszystkim moim kolegom i koleżankom w szkole trenerów staram się wpajać zasadę wzajemnego wspierania się, mówienia dobrze o sobie i nie negowania siebie nawzajem w rozmowach, ponieważ to jest bardzo ważne dla nas samych. W ten sposób możemy pokazać, że sami siebie szanujemy i wspieramy – wylicza Radosław Czerniak. Dlaczego uważa, że to takie ważne? – Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że kandydat na trenera reprezentacji Polski – Tomasz Służałek – w tym roku, po meczu przegranym przez mój zespół, zadzwonił do moich szefów i zanegował wszystko to, co zrobiłem w tym meczu jako trener. Kompletnie nie rozumiem dlaczego to zrobił. Właśnie to jest coś, co wykracza poza moje rozumienie etyki trenerskiej – wyjaśnia. Na swojej drodze zawodowej spotkał już wielu różnych szkoleniowców. – Nie chcę mówić, że od każdego trenera, z którym pracowałem, można się było czegoś nauczyć, bo tak wcale nie było. Miałem okazję pracować z trenerem, który równie dobrze mógłby być trenerem piłki nożnej czy menadżerem w żużlu i dokładnie tak samo by funkcjonował. Ale miałem też okazję pracować z kilkoma ludźmi, którzy nowocześnie prowadzili zespoły. Są pewne elementy, które u nich podpatrzyłem, a które wykorzystywałem w swojej późniejszej pracy trenerskiej.

Nikt mnie nie zwolnił

Radosław Czerniak ma obecnie 41 lat. Koszykówką zajmował się od 24 lat. – Na palcach jednej ręki mogę policzyć sezony, kiedy zarówno jako zawodnik, jak i trener, nie grałem w play-off. Prawie nigdy nie przegrałem w pierwszej rundzie. Jestem zahartowany w walce o wyższe cele. Moją przygodę trenerską najlepiej obrazują liczby – w 165 meczach ligowych prowadzone przeze mnie zespoły zwyciężały 103 razy. A zespół złożony z gwiazd miałem tylko raz – w Turowie Zgorzelec. Szkoda, że nie dane było mi poprowadzić tej drużyny w ekstraklasie, choć przyznam się, że zawsze towarzyszyło mi przeczucie, że kiedyś jeszcze to zrobię. Półtora roku temu, gdy Zgorzelec opuścił Saso Filipovski, miałem telefon z Turowa z propozycją pracy, ale wówczas byłem związany z ŁKS-em, a jestem bardzo lojalnym człowiekiem i zawsze staram się wywiązać z tego, do czego się zobowiązałem, dlatego wtedy nie dogadaliśmy się. Natomiast mam satysfakcję, że w lidze z Turowem nigdy nie przegrałem – gdy prowadziłem Górnika Wałbrzych, dwukrotnie pokonaliśmy zgorzelczan. Przez te 24 lata spędzone w koszykówce, najpierw jako zawodnika, a później jako trenera, nikt mnie nigdy nie zwolnił przed upływem obowiązującego kontraktu. I to najlepsze podsumowanie mojej pracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz