Chyba każdy koszykarski kibic na świecie marzy, aby finał NBA trwał jak najdłużej – czyli siedem spotkań. Na razie, po pięciu potyczkach, Boston Celtics prowadzi z L.A. Lakers 3:2. Ostatni mecz, rozegrany minionej nocy naszego czasu, zakończył się zwycięstwem bostończyków 92:86. To drugie z rzędu zwycięstwo mistrzów z 2008 roku. Do tej pory oba zespoły wygrywały na zmianę. Piąte spotkanie zakończyło się tylko kilkopunktową różnicą, bo po stronie gości z Los Angeles cuda robił Kobe Bryant. Superstrzelec obecnych mistrzów ligi rzucił aż 38 punktów! To jego rekord w tegorocznych finałach. Bryant nie miał jednak odpowiedniego wsparcia ze strony kolegów. Cały zespół z Kalifornii trafiał średnio ledwie 4 z 10 rzutów za dwa, podczas gdy bostończycy popisali się 62-proc. skutecznością. Wiele spośród niewykorzystanych akcji Lakers wynikało z agresywnej obrony gospodarzy, którzy dwoili się i troili, aby uniemożliwić rywalom zdobywanie punktów. Przy okazji sezonu zasadniczego wielu dziennikarzy, mnie też się to zdarzyło, nie wróżyło Bostonowi sukcesu w tym roku. Na nasze usprawiedliwienie chcę przypomnieć, że zespół ze stanu Massachusetts wówczas nie zachwycał, więc nasze przypuszczenia nie były bezzasadne. Celtics to druga najstarsza w lidze drużyna (średnia wieku ok. 30 lat), co w przypadku rozgrywania od końca października do połowy czerwca ponad stu meczów, nie pozostaje bez znaczenia. Podopieczni Doca Riversa udowadniają jednak, że determinacja i pożądanie mogą przezwyciężyć zużycie mięśni, a ogromne doświadczenie może spowodować, że najwyższa forma przychodzi na najważniejszy etap rozgrywek.
Jeden Bryant to za mało
Kobe Bryant w ciągu pierwszych 24 minut ostatniego meczu zdobył 10 punktów a jego zespół przegrywał różnicą sześciu oczek. Podczas następnych 12 minut gwiazda Lakers zdobyła aż 19 kolejnych punktów, ale przewaga gospodarzy zamiast maleć, urosła. Dlaczego? Przecież historia uczy, że nie ma wielkiej drużyny bez wybitnego zawodnika. Wystarczy spojrzeć na Chicago Bulls za czasów Jordana. Każdy zespół, chcący walczyć o klubowe mistrzostwo świata, musi mieć w swoich szeregach gracza, który w najtrudniejszych momentach weźmie na siebie ciężar zdobywania punktów. Bryant jest takim właśnie zawodnikiem. W ciągu 10 minut trzeciej kwarty ostatniego spotkania punkty dla „Jeziorowców” zdobywał tylko on! Jednak jak pokazali Celtics, wygrać z najlepszymi zespołami, które w swoich składach mają mega gwiazdy, można na dwa sposoby:
1) W półfinale Konferencji Wschodniej Boston spotkał się z Cleveland Cavaliers. Przypomnijmy, że po stronie ekipy ze stanu Ohio występuje najlepszy koszykarz w całej NBA (LeBron James). Sposobem na wyeliminowanie Cavaliers w drodze do finału było powstrzymanie Jamesa. Bez jego punktów zespół nie był w stanie prawidłowo funkcjonować i wygrać z Bostonem.
2) Zupełnie inaczej wygląda postawa Celtic wobec Lakers. Bryant zdobywa ponad 30 punktów, ale co z tego, skoro jego koledzy nie potrafią przebić się przez perfekcyjną defensywę doświadczonych bostończyków. Mimo że Bryant w trzeciej ćwiartce zdobył w sumie aż 19 punktów, trafiając 7 z 11 oddanych rzutów (co jeśli się nie mylę zbliża się do rekordu NBA), przewaga bostończyków rosła. Gospodarze uzbierali aż 9 asyst więcej od zespołu z Kalifornii, co przełożyło się na jakże istotne zwycięstwo. Krótko mówiąc, dobrze ułożony zespół dobrych zawodników, może pokonać ekipę z wybitnym strzelcem w składzie. Szóste spotkanie, już w Los Angeles, odbędzie się w nocy z wtorku na środę polskiego czasu. Jeśli Lakersi nie uruchomią innej „strzelby” poza Kobe Bryantem, mogą już w szóstym spotkaniu tej serii przegrać mistrzostwo NBA.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz