****

Arkadiusz Koniecki, znany przede wszystkim z pracy trenerskiej, już drugi sezon z rzędu komentował, wraz z Wojciechem Michałowiczem, finałową rywalizację w NBA, transmitowaną w Polsce przez telewizję Canal +. Specjalnie dla „Słowa Sportowego” opowiada o kulisach organizacji meczów ligi zawodowej oraz własnych spostrzeżeniach, dotyczących tegorocznych finałów.
Jak się Pan czuje w roli komentatora telewizyjnego?
ARKADIUSZ KONIECKI: - Bardziej czuję się trenerem niż komentatorem. Najbardziej, podczas pracy komentatora, interesują mnie zagrywki taktyczne. Łapię się na tym, że popadam czasem w taką trenerską zadumę i zastanawiam się, jak sam bym się zachował, będąc na miejscu danego szkoleniowca. W każdym razie żadnej tremy, związanej z występowaniem na żywo, nie odczuwam.
Przywiózł pan z Bostonu jakieś ciekawe pamiątki związane z tegorocznymi finałami NBA?
- Proszę mi wierzyć, że nie jestem kolekcjonerem. Staram się skupiać na ocenie widowiska, które oglądam. Jeśli przywożę jakąś pamiątkę – znaczek czy koszulkę – to dla rodziny, żeby zaakcentować, że byłem naocznym świadkiem finałów.
Przy okazji meczów o puchar Larry’ego O’Briana odbyło się także pokazowe spotkanie pomiędzy dziennikarzami. Wziął Pan w nim udział?
- Jeśli chodzi o to spotkanie, to zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Termin jego rozegrania został zmieniony na dzień, na który mieliśmy – to znaczy ja i Wojciech Michałowicz – już inne plany. Wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy na mecz WNBA Connecticut Sun – Indiana Fever. Jako trener żeńskiego zespołu bardzo zainteresowany jestem zawodniczkami z WNBA, które przymierzane są również do polskiej ligi. Poza tym pomiędzy dniami, w których odbywały się finały NBA, zwiedziłem, w towarzystwie Wojtka Michałowicza, muzeum koszykówki. Miałem też okazję odświeżyć stare znajomości – spotkałem się z jednym ze swoich byłych zawodników – Jackiem Dudą.
To już Pana drugie finały w roli komentatora. Jak ocenia Pan warunki, w których przyszło wam pracować?
- W tym roku komentowałem trzy mecze – te, które rozgrywane były w Bostonie. Warunki, które stworzono dziennikarzom, były bardzo ciekawe. Mogliśmy korzystać z wielu przywilejów, na przykład wizyty w szatniach obu ekip na 45 minut przed rozpoczęciem meczu. Uczestniczyliśmy w konferencjach prasowych, pojawialiśmy się na treningach. Jeśli chodzi o warunki w samej hali, to siedzieliśmy na ostatnim, najwyższym piętrze obiektu. Zjazd windą na sam dół, w okolice parkietu, zajmował nawet do 15 minut. Każdy sprawozdawca miał swój stolik, monitor i pełno materiałów prasowych – statystyki, wypowiedzi przed i pomeczowe. W hali pojawialiśmy się nawet ponad trzy godziny przed meczem, poszczególni zawodnicy rozpoczynali indywidualne rozgrzewki 2,5 godziny przed rozpoczęciem spotkania. Nasze akredytacje umożliwiały nam poruszanie się po całej hali.
Jedno ze spotkań zapowiadali Panowie z samego parkietu. Nie było możliwości, aby każdą transmisje rozpoczynać tego typu relacją, z rozgrzewającymi się zawodnikami w tle?
- Mecz finałowy to wielkie przedsięwzięcie. Także logistyczne. Nie było miejsca na żadne błędy. Krótki wstęp, który nagrywaliśmy stojąc przy samym parkiecie, wyliczony był co do sekundy. Każda ekipa dziennikarska miała wyznaczony swój czas. Jedna schodziła z parkietu i od razu pojawiała się następna. Mogliśmy każdy mecz rozpoczynać w ten sposób, lecz za każdą tego typu relację stacja telewizyjna musiała płacić dodatkowe pieniądze.
Gdzie się Panowie zatrzymali podczas wizyty w Bostonie?
- Każda ekipa telewizyjna rezerwowała sobie wcześniej miejsca w hotelach. My natomiast skorzystaliśmy z gościnności moich bliskich, którzy mieszkają w Bostonie.
Dlaczego mecze, które odbywały się w Los Angeles, komentowane były ze studia w Warszawie, a nie z hali Staples Center?
- Dodatkowe przeloty z Bostonu do LA i stanowiska komentatorskie kosztują. Najwyraźniej transport i zakwaterowanie w Los Angeles wykraczały poza możliwy budżet, zaplanowany przez stację Canal +.
Przechodząc do samych meczów, jest Pan zaskoczony, że odbyło się ich aż siedem? Rzadko która rywalizacja finałowa w NBA trwa tak długo…
- Tegoroczny finał był starciem symboli. Celtics i Lakers to najbardziej utytułowane drużyny w lidze zawodowej. Była to także jedna z najbardziej porywających serii od czasów Michaela Jordana. Każdy mecz miał swoich bohaterów, tworzył odrębną historię. Losy tytułu rozstrzygnęły się w detalach. Obie ekipy są bardzo wyrównane, dlatego maksymalna ilość gier, potrzebna do rozstrzygnięcia, nie była wielkim zaskoczeniem.
Podobał się Panu mecz nr 7? Jakby Pan podsumował tegoroczne finały?
- Siódmy mecz był brzydki, ale pełen walki i determinacji. Oba zespoły biły się ze swoimi słabościami. Te finały można podsumować w sposób następujący: ofensywa przyciąga tłumy, defensywa wygrywa poszczególne mecze, a zbiórki dają mistrzostwa. I tak właśnie było. Zespół, który zebrał więcej piłek w każdym meczu, wygrywał. Ważne były też kontuzje. Andrew Bynum, podkoszowy Lakers, od pierwszego spotkania borykał się z problemami z kolanem. Na szczęście – dla Jeziorowców – Phil Jackson potrafił to tuszować. Bardzo rozsądnie szafował jego siłami. Gdy natomiast kontuzji doznał Kendrick Perkins, podstawowy center Celtics, na początku meczu nr 6, Doc Rivers się zagubił a jego zespół przegrał różnicą ponad 20 punktów. To najwyższa porażka w tej serii. Perkins nie jest mistrzem ataku, ale stanowi kluczowe ogniwo defensywne.
W tej serii każda z drużyn zdołała wygrać na parkiecie rywala…
- Tak, to prawda. Wygranie przez Celtów meczu nr 2 w LA dawało temu zespołowi ogromną szansę na mistrzostwo. Przełomem całej serii był jednak dla mnie mecz nr 3, w którym to Lakers pokonali w Bostonie Celtów i odzyskali przewagę parkietu. Znakomicie zagrał wówczas rezerwowy Derek Fisher, który zdobył w czwartej kwarcie dla gości 11 punktów! Zresztą to nie był jedyny mecz, w którym kluczem do sukcesu byli rezerwowi. W pojedynku nr 4 decydującymi postaciami, które przypieczętowały zwycięstwo Bostonu, byli Nate Robinson i Glen Davis. Wracając jednak do spotkania nr 3 – wielkie znaczenie dla wyniku mieli wówczas sędziowie, którzy faworyzowali ekipę Lakers. Cwaniakiem okazał się Fisher, który prowokował Ray’a Allena. Robił wszystko, aby strzelec Celtów nie przebił się przez zasłonę i nie wyszedł na czystą pozycję. W powtórkach wyraźnie było widać jak nieczysto gra Fisher, faulując bez piłki. Sędziowie nie zwracali na to uwagi. Lakersi szybciej potrafili się dostosować do sytuacji, do sposobu sędziowania. Wiedzieli na jakiego typu zagrania mogą sobie danego dnia pozwolić. Ta inteligencja i cwaniactwo, pomogły im wygrać mecz nr 3. Czynnik sędziowski nie był bez znaczenia.
Jak to jest, że Ray Allen w jednym meczu trafił 8 z 11 rzutów za trzy oczka, w tym pierwszych siedem, a w kolejnych dwóch spotkaniach przestrzelił następnych 18 prób? Z czego to może wynikać?
- Te mecze były nieprzewidywalne. Widzę kilka aspektów, które mogły mieć na to wpływ: po pierwsze zmęczenie. Ciężko wymagać od zawodnika gry na maksymalnej intensywności co drugi dzień. Biorąc pod uwagę ogromną odległość pomiędzy Los Angeles a Bostonem, koszykarze musieli odczuwać wyczerpanie. Niebagatelną rolę odgrywa też psychika. Nie bez przypadku Ron Artest, po zakończeniu całej serii, podziękował psychologom, z którymi pracował. To oni motywacyjnie przygotowywali zawodników. To niby małe rzeczy, ale one urastały do wagi wielkich. Myślę, że można powiedzieć, że wygrał zespół odporniejszy psychicznie.
Który trener reagował Pana zdaniem lepiej na parkietowe wydarzenia, które często wymykały się spod kontroli?
- Wydaję mi się, że przewagę na ławce trenerskiej mieli Lakersi. Phil Jackson swoim doświadczeniem, obyciem i spokojem, przewyższał Doca Riversa. Ze strony trenera Bostonu zabrakło mi odwagi w ostatnim meczu, żeby postawić na rezerwowych – Nate’a Robinsona i Glena Davisa. Najwyraźniej nie zaufał im w takim stopniu, jak podczas meczu nr 4, w którym to oni napędzali w czwartej kwarcie grę zespołu.
Czy finały nie udowodniły jak wiele brakuje liderowi Lakers, Kobe Bryantowi, do Michaela Jordana?
- Tak, to prawda, Bryantowi dużo brakuje do Jordana. Może niekoniecznie w umiejętnościach, bowiem jest niesamowicie utalentowany, ale na pewno w podejściu do gry. Z Jordana emanowało coś niesamowitego, potrafił zapanować nad swoimi emocjami. Kobe natomiast, gdy mu nie idzie, traci rozeznanie. Wyłącza się, nie dostrzega kolegów i popada we frustrację. Jordan nigdy tego nie robił.
Czy zatem tytuł MVP zasłużenie trafił w jego ręce? W ostatnim spotkaniu finałowym Bryant trafił tylko 6 z 24 oddanych rzutów z gry…
- Tytuł MVP przyznany zostaje zawodnikowi zwycięskiej drużyny. Moim zdaniem Bryant zasłużył na to trofeum. Robił ogromne problemy rywalom, grał równo, odbudowywał w trudnych momentach siebie i cała drużynę. W przypadku zwycięstwa Bostonu, statuetka MVP mogła trafić do Kevina Garnetta albo Rajona Rondo.
Garnett był Pana zdaniem jednym z bohaterów całej serii?
- Muszę przyznać, że rywalizacja pomiędzy Kevinem Garnettem a Pau Gasolem była niesamowita. Hiszpan zrobił w ostatnich sezonach ogromny postęp, olbrzymi skok. Nie jest już słabym fizycznie, miękkim zawodnikiem. Jest gladiatorem walczącym na poziomie tych amerykańskich atletów. Jednak Garnett dał mu lekcję sprytu i doświadczenia.
Można zatem powiedzieć, że zaawansowany wiek bostończyków nie był ich wadą? Podczas trwania sezonu zasadniczego wielu obserwatorów NBA uważało, że jest to zbyt „stary” zespół, aby mógł wytrzymać ponad sto spotkań na wysokiej intensywności. Wyeliminowanie w drodze do finału dwóch najwyżej rozstawionych w NBA drużyn – Cavaliers i Magic – chyba zaprzecza tej tezie…
- Boston to zespół, który się rozkręca. Zaimponował mi wygrywając w play-offach właśnie z Cleveland i Orlando. Już w samej serii finałowej podopieczni Doca Riversa też grali świetną defensywę zespołową i znakomicie przesuwali się do szybkiego ataku. Koszykarze Lakers, wracając do obrony, nie nadążali za tymi staruszkami (śmiech). Ta konfrontacja została rozstrzygnięta w niuansach. Równie dobrze mistrzami mogli zostać bostończycy. Wystarczy żeby w którymś z zaciętych momentów wpadła trójka i mecz mógłby się ułożyć inaczej.
Czy tegoroczne play-offy, zwłaszcza serie z udziałem Celtics, dowodzą, że koszykówka zmierza coraz bardziej w stronę defensywy?
- Przede wszystkim koszykówka jest coraz bardziej fizyczna. Im bardziej atletyczni gracze, tym mocniejszą grają defensywę. Jednak niskie wyniki wynikały także z ogromnego zmęczenia, a nie tylko z agresji. Mecze na ogromnej intensywności co dwa dni, w miastach oddalonych o tysiące kilometrów, to ogromny wysiłek. W jednym meczu Allen trafia jak karabin maszynowy, a w następnych seryjnie pudłuje. Oczywiście ma w tym swoją zasługę lepsza obrona rywali, ale także zmęczenie. W jednym ze spotkań doliczyłem się przynajmniej 12 przestrzelonych rzutów graczy Bostonu z czystych, wypracowanych pozycji. Te nieudane próby nie wynikały już z presji defensywy Lakers, a ze zmęczenia. Natomiast to prawda, że poziom defensywy idzie cały czas w górę.





