środa, 13 października 2010

Muzeum, Małysz i twardziele


Tyle widzi skoczek narciarski dojeżdżając do progku skoczni...


Tym razem nie będzie stricte o sporcie, ale bardziej krajoznawczo. Byłem niedawno w Karpaczu. To miejsce świetne dla wielbicieli gór, wędrówek po kamienistych szlakach i pięknych widoków. Zresztą, ten drugi, co ze mną bloguje, też tam od czasu do czasu zagląda. Co ciekawe, Karpacz poza atrakcjami typowymi dla górskiej miejscowości, ma też inny turystyczny atut. To jedyne – obok Warszawy – miasto w Polsce, które może się pochwalić pięknym muzeum sportu. Od tego stołecznego, wybudowanego z wielkim rozmachem i posiadającego olbrzymią kolekcję, muzeum w Karpaczu różni się diametralnie. Przede wszystkim mieści się w niedużej, górskiej chacie, a ekspozycja dokumentuje przede wszystkim wydarzenia – a jakże, skoro to przede wszystkim kurort narciarski – związane ze sportami zimowymi. Już z daleka widać sportowy charakter tego miejsca – na trawniku przed wejściem stoi bobslej z szyldem muzeum. W środku można znaleźć eksponaty przeróżne: od sprzętu sportowego, przez medale, broszury, akredytacje, zdjęcia, znaczki i inne, przeróżne gadżety związane z imprezami sportowymi. Ciekawa jest m.in. ekspozycja dotycząca historii Biegu Piastów, ale i początku sportów zimowych na Dolnym Śląsku. Można wreszcie znaleźć wszystko o dolnośląskich sportowcach – uczestnikach zimowych igrzysk olimpijskich, choć także o wielkich mistrzach sportu, takich jak Adam Małysz. Ten ostatni złożył nawet swój autograf na ofiarowanych muzeum eksponatach, m.in. startowym plastronie z mistrzostw Polski.
Gwoli ścisłości dodam, że jest to Muzeum Sportu i Turystyki, ale ekspozycja sportowa zdecydowanie bierze w nim górę nad częścią turystyczną. Wejście do tego muzeum polecam każdemu – kosztuje 5 zł (3 zł bilet ulgowy), a wrażenia są niezapomniane. A gdyby komuś, już po wyjściu z muzeum, było mało sportów zimowych, to jakieś 25 min pieszej drogi dalej (a jest to droga mocno pod górę) znajduje się skocznia narciarska Orlinek (nieopodal jest też słynna meta wyścigu kolarskiego Tour de Polgone), której rekordzistą (94,5 m) jest nie kto inny, a nasz „Orzeł z Wisły”. Kiedy nie ma śniegu Orlinek służy turystom jako punkt widokowy. Wykupując bilet za 2 zł można wejść na samą górę. Po pierwsze widok na okolicę z takiej wysokości zapiera dech w piersiach. Po drugie, człowiek może się przez chwilę poczuć jak skoczek narciarski. Tylko, że to nie jest wcale takie fajne uczucie. Siedząc na górze Orlinka, widać... no właśnie, nie widać zeskoku. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby tam wejść, a co dopiero zjechać na nartach i skoczyć. Ale nie od dziś wiadomo, że skoczkowie narciarscy to prawdziwi twardziele.

niedziela, 10 października 2010

Półprodukt zwany mistrzem

Na inaugurację Tauron Basket Ligi beniaminek z Zielonej Góry zlał broniących mistrzowskiego tytułu gdynian spod szyldu Asseco Prokomu. Wydawać by się mogło, że sezon zaczął się od sensacji. Ale jak się temu lepiej przyjrzeć, to żadna sensacja. Ba, to nawet nie jest niespodzianka. Bo do Zielonej Góry na mecz inaugurujący sezon gdynianie wysłali zlepek zawodników z łapanki i drugiego trenera Andrzeja Adamka. Zamiast euroligowych gwiazd kibice zobaczyli Frasunkiewicza, Witkę, Mroza, Kostrzewskiego, Łapetę i kilku innych ligowych wyrobników. I ten trójmiejski trzeci garnitur, nie mający wiele wspólnego z mistrzowskim zespołem, montowany pośpiesznie tuż przed startem ligi, nie miał prawa wygrać z solidnym Zastalem.
Rozumiem, że priorytetem Asseco Prokomu są dobre występy w Eurolidze oraz lidze VTB. I pod kątem tych rozgrywek trener Tomas Pacesas może oszczędzać siły najlepszych graczy, ale już zupełne ich chowanie przed polskimi kibicami jest takim samym objawem braku szacunku dla fanów, jak wysyłanie na mecz wyjazdowy w roli pierwszego szkoleniowca własnego asystenta. Co mają powiedzieć kibice innych drużyn, którzy kupią bilety na pojedynek z mistrzami kraju, a zamiast tego dostaną półprodukt w postaci ich zmienników? To sprawia, że obniża się poziom i prestiż całej ligi, a co za tym idzie jeszcze bardziej podupadnie – i tak już mocno nadwyrężony – wizerunek polskiej koszykówki. Dlatego liczę na to, że śladem ambitnego beniaminka z Zielonej Góry pójdą kolejne drużyny, które sprawią lanie gdynianom i w ten sposób zmuszą Pacesasa, by w kolejnych spotkaniach sam pojawił się na ławce trenerskiej i sięgnął po swoje gwiazdy. Zatem bij (pseudo) mistrza, kto może!

sobota, 21 sierpnia 2010

Nie zasłużyli na awans

Dziś czas mnie goni okrutnie, ale na gorąco kilka słów na temat kompromitujacej porażki polskiej koszykówki w Portugalii. Na więcej zapraszam do poniedziałkowego wydania "Słowa Sportowego".

Pompowany przez Marcina Gortata balon oczekiwań pęka z wielkim hukiem. Porażka naszych orłów z przeciętną Portugalią już teraz została okrzyknięta największą sensacją tych eliminacji. I nie chodzi tylko o wynik meczu w Coimbrze, ale o katastrofalną momentami grę Polaków. Jak to możliwe, że zespół, który aspiruje do miejsca w czołowej szesnastce Europy, nie potrafi wygrać żadnego meczu wyjazdowego? Że za każdym razem, po dobrym, wygranym spotkaniu przed własną publicznością, w drodze na mecz wyjazdowy podopieczni Igora Griszczuka przechodzą jakąś dziwną metamorfozę, w efekcie której jakby zapomnieli jak grać w koszykówkę? Zresztą trener Griszczuk też ma swoje za uszami, bo mam wrażenie, że kadrze jakoś specjalnie nie pomaga. Mimo fatalnej gry zespołu rzadko korzysta z przerw na żądanie. A może nie ma pomysłu, co w tej kadrze zmienić, by funkcjonowała lepiej? Wyraźnie nie ma też odwagi, by postawić na zmienników, kiedy podstawowy skład zawodzi. Po co wysyłał powołania Chanasowi, Kostrzewskiemu czy Białkowi, skoro nawet nie pozwala im się podnieść z ławki? Griszczuk wykorzystuje w rotacji niewielu zawodników, eksploatując najlepszych do granic możliwości. A przecież nawet ci najlepsi potrzebują chwili oddechu – jeśli jej nie dostaną, to w zaciętej końcówce meczu może im zwyczajnie zabraknąć sił. Szczególnie kiedy rozgrywają po dwa spotkania w tygodniu, a do tego dochodzą jeszcze długie i męczące podróże.
Mimo portugalskiej katastrofy nasza kadra wciąż ma szansę na awans do przyszłorocznego EuroBasketu, ale ja nie mam wątpliwości – Polacy na ten awans nie zasłużyli!

czwartek, 8 lipca 2010

Młodości! Ty nad poziomy wylatuj

“Poland stays unbeaten, grabs group B top rank”. Jak miło. Jaka duma! Wchodzę na oficjalną stronę FIBA (Międzynarodowej Federacji Koszykarskiej), która relacjonuje trwające właśnie mistrzostwa świata U-17. Za nami faza grupowa. Przytoczone przeze mnie słowa to tytuł jednego z artykułów. Tak jest, to nie sen. To prawda – Polska po pięciu meczach pozostaje niepokonana i wygrywa grupę B mistrzostw świata! Na imprezie gra tylko 12 najlepszych ekip z całego globu – Polacy pokonali już pięć z nich i są w ćwierćfinale!

Sukcesy naszej seniorskiej koszykówki pamiętają już tylko najstarsi kibice. Bo, nie wypominając nikomu wieku, trzeba mieć nieco wiosen na karku, by być naocznym świadkiem wywalczenia przez biało-czerwonych brązowego medalu mistrzostw Europy pod koniec lat 30. ubiegłego wieku czy srebrnego w 1963 roku, kiedy to EuroBasket rozgrywany był w Polsce. Ostatni medal – brązowy – wywalczyliśmy w 1967 r. A co było dalej? Od mistrzostw Starego Kontynentu w Barcelonie (1973 rok), biało-czerwoni nie zajęli lepszego niż siódme miejsce. Biorąc zresztą pod uwagę „wyczyny” z lat 1993 – 2009, to i owe siódme lokaty były w sumie znakomitymi rezultatami. Od wspomnianego ’93 roku do zeszłorocznych mistrzostw Europy, odbyło się dziewięć EuroBasketów – Polacy wystąpili tylko na trzech z nich! W tym ostatnim, zeszłorocznym, udało nam się wystartować dlatego, bo sami tę imprezę – w średnim zresztą stylu – zorganizowaliśmy. Ostatecznie zajęliśmy na nim 10 miejsce. Nie wspomnę już nawet o mistrzostwach świata, na których nie było nas od dziesięcioleci. Ale co zrobić, skoro przepustką na MŚ jest dobry wynik na ME… Cóż zatem pozostaje kibicom młodego pokolenia (do których mam odwagę zapisać i siebie)? Wyszukiwanie i studiowanie materiałów archiwalnych to wszystko jeśli chodzi o naszą radość z wyników seniorskiej reprezentacji? Aż serce boli, że żyć musimy przeszłością, a konkretnie rokiem 1963. To trochę tak jak z naszą kopaną – legenda mundialu z 1974 roku jest wiecznie żywa. Cieszymy się historią, bo nie widzimy żadnej szansy na przyszłość. Wracając jednak do koszykówki - przełomem miał być zeszłoroczny EuroBasket, rozgrywany w Polsce. Radość z bycia gospodarzem i wielka mobilizacja najbardziej zagorzałych kibiców, mącone były przez słabą organizację i promocję turnieju. Tu ukłon w stronę prezesa, a od pięciu lat także magistra, Romana Ludwiczuka…
Ale pojawiła się nadzieja. I nie mam na myśli planowanego naturalizowania Thomasa Kelati’ego i jego wkładu w nagły postęp naszego poziomu gry. Nadzieja, i to jak najbardziej uzasadniona, tkwi w młodym, naprawdę młodym, pokoleniu koszykarzy. Otóż nasi reprezentanci do lat 17 przynoszą dumę rodakom, dzięki świetnym wynikom osiąganym na trwających właśnie mistrzostwach świata.
Ale po kolei;
Przed rokiem owi kadrowicze zajęli czwarte miejsce na mistrzostwach Europy do lat 16! To najlepszy wynik w historii naszej młodzieżowej koszykówki. Zakończenie imprezy w strefie medalowej oznaczało automatyczną kwalifikacje do tegorocznych mistrzostw globu, które od 2 lipca trwają w Hamburgu. Polacy wygrali na nich wszystkie mecze grupowe, w tym z aktualnymi mistrzami Starego Kontynentu Hiszpanami, i będą faworytem spotkania ćwierćfinałowego, w którym zagrają z Serbią. Także w statystykach nie da się nie zauważyć naszych. Mateusz Ponitka, bezwzględnie lider zespołu, ogrywający się już na I-ligowych parkietach, jest drugim strzelcem mistrzostw (blisko 20 punktów na mecz). Przemysław Karnowski lideruje natomiast w zbiórkach – ponad 12 na mecz. Grzegorz Grochowski, z ponad 5 asystami, jest trzecim podającym mistrzostw świata.
Seniorska kadra w rankingu FIBA zajmuje dopiero 39. miejsce – to i tak lepszy wynik od tego sprzed zeszłorocznych mistrzostw Europy, kiedy zajmowaliśmy lokatę w szóstej dziesiątce… Obecnie przed nami są takie ekipy jak Senegal, Iran czy Nigeria. Wyprzedzają nas też państwa, o których istnieniu nie zdawałem sobie nawet sprawy… Miejmy nadzieję, że młode pokolenie, robiące duże zamieszanie w młodzieżowej koszykówce na świecie, w perspektywie lat zmieni tę sytuację. Być może, idąc za poetą, nasi zastosują się do słów:

Młodości! dodaj mi skrzydła!
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy
(…)
Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca.
(…)
Razem, młodzi przyjaciele!...
Choć droga stroma i śliska,
Gwałt i słabość bronią wchodu:
Gwałt niech się gwałtem odciska,
A ze słabością łamać uczmy się za młodu!
(…)

Przepraszam za ten mickiewiczowski wtręt – lata studiów polonistycznych dają znać o sobie.

Jerzy Szambelan, trener reprezentacji Polski U-17, przed laty – na przełomie lat 80. i 90. – szkolił w młodzieżowej kadrze takie gwiazdy jak Maciej Zieliński. 63-letni Szambelan doskonale zna pokolenie Wójcika, wspomnianego „Zielonego”, Szybilskiego, Jankowskiego, Przeńskiego, Bacika, Kościuka, Tomczyka – czyli zawodników, którzy przez lata stanowili o sile naszej koszykówki. To były ostatnie gwiazdy, próbujące pobudzić do życia nasz basket. Na mistrzostwach Europy w 1997 roku zajęły 7. miejsce, a później przecierały szlaki w Eurolidze.
Ten sam Jerzy Szambelan, który szkolił młodego Zielińskiego i spółkę, powiedział mi kilka miesięcy temu, że obecna kadra z rocznika ’93, jest jeszcze bardziej uzdolniona od tamtego pokolenia. Talent naszych 17-latków, talent na miarę światową – o czym świadczą nie tylko osiągane wyniki w turniejach międzynarodowych, ale także fakt, że największe kluby Starego Kontynentu już pukają do drzwi zespołów, które mają prawa do naszych zawodników – nie może zostać zmarnowany. Ani przez trenerów, ani menadżerów, ani samych koszykarzy. Cieszy, że jeden z tych najbardziej uzdolnionych trenuje na co dzień we Wrocławiu. Który? Już nie raz o nim pisałem. A jeśli ktoś w dalszym ciągu nie wie o kim mówię, zapraszam do poniedziałkowego wydania „Słowa Sportowego”, w którym podsumuję udział naszych 17-letnich kadrowiczów na MŚ. Tam kilka słów poświęcę także koszykarzowi z Wrocławia.

P.S. Czy to nie byłaby piękna historia, gdyby - powiedzmy - za pięć lat ci zawodnicy (mający wówczas 22 lata) zaczynali stanowić o sile kadry? Za rękę prowadziłby ich doświadczony, 30-letni Marcin Gortat, który jest ich idolem. Takie połączenie talentu i doświadczenia mogłoby zdać egzamin.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Nie jestem kolekcjonerem

Ten drugi w dzisiejszym "Słowie Sportowym" popełnił bardzo fajny wywiad z trenerem Arkadiuszem Konieckim, który komentował finały NBA na żywo. Pozwoliłem sobie go tu wkelić, bo Moose zapewne przez wrodzoną skromność sam by tego nie zrobił :-)

****



Arkadiusz Koniecki, znany przede wszystkim z pracy trenerskiej, już drugi sezon z rzędu komentował, wraz z Wojciechem Michałowiczem, finałową rywalizację w NBA, transmitowaną w Polsce przez telewizję Canal +. Specjalnie dla „Słowa Sportowego” opowiada o kulisach organizacji meczów ligi zawodowej oraz własnych spostrzeżeniach, dotyczących tegorocznych finałów.

Jak się Pan czuje w roli komentatora telewizyjnego?
ARKADIUSZ KONIECKI: - Bardziej czuję się trenerem niż komentatorem. Najbardziej, podczas pracy komentatora, interesują mnie zagrywki taktyczne. Łapię się na tym, że popadam czasem w taką trenerską zadumę i zastanawiam się, jak sam bym się zachował, będąc na miejscu danego szkoleniowca. W każdym razie żadnej tremy, związanej z występowaniem na żywo, nie odczuwam.

Przywiózł pan z Bostonu jakieś ciekawe pamiątki związane z tegorocznymi finałami NBA?

- Proszę mi wierzyć, że nie jestem kolekcjonerem. Staram się skupiać na ocenie widowiska, które oglądam. Jeśli przywożę jakąś pamiątkę – znaczek czy koszulkę – to dla rodziny, żeby zaakcentować, że byłem naocznym świadkiem finałów.

Przy okazji meczów o puchar Larry’ego O’Briana odbyło się także pokazowe spotkanie pomiędzy dziennikarzami. Wziął Pan w nim udział?

- Jeśli chodzi o to spotkanie, to zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Termin jego rozegrania został zmieniony na dzień, na który mieliśmy – to znaczy ja i Wojciech Michałowicz – już inne plany. Wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy na mecz WNBA Connecticut Sun – Indiana Fever. Jako trener żeńskiego zespołu bardzo zainteresowany jestem zawodniczkami z WNBA, które przymierzane są również do polskiej ligi. Poza tym pomiędzy dniami, w których odbywały się finały NBA, zwiedziłem, w towarzystwie Wojtka Michałowicza, muzeum koszykówki. Miałem też okazję odświeżyć stare znajomości – spotkałem się z jednym ze swoich byłych zawodników – Jackiem Dudą.

To już Pana drugie finały w roli komentatora. Jak ocenia Pan warunki, w których przyszło wam pracować?

- W tym roku komentowałem trzy mecze – te, które rozgrywane były w Bostonie. Warunki, które stworzono dziennikarzom, były bardzo ciekawe. Mogliśmy korzystać z wielu przywilejów, na przykład wizyty w szatniach obu ekip na 45 minut przed rozpoczęciem meczu. Uczestniczyliśmy w konferencjach prasowych, pojawialiśmy się na treningach. Jeśli chodzi o warunki w samej hali, to siedzieliśmy na ostatnim, najwyższym piętrze obiektu. Zjazd windą na sam dół, w okolice parkietu, zajmował nawet do 15 minut. Każdy sprawozdawca miał swój stolik, monitor i pełno materiałów prasowych – statystyki, wypowiedzi przed i pomeczowe. W hali pojawialiśmy się nawet ponad trzy godziny przed meczem, poszczególni zawodnicy rozpoczynali indywidualne rozgrzewki 2,5 godziny przed rozpoczęciem spotkania. Nasze akredytacje umożliwiały nam poruszanie się po całej hali.

Jedno ze spotkań zapowiadali Panowie z samego parkietu. Nie było możliwości, aby każdą transmisje rozpoczynać tego typu relacją, z rozgrzewającymi się zawodnikami w tle?

- Mecz finałowy to wielkie przedsięwzięcie. Także logistyczne. Nie było miejsca na żadne błędy. Krótki wstęp, który nagrywaliśmy stojąc przy samym parkiecie, wyliczony był co do sekundy. Każda ekipa dziennikarska miała wyznaczony swój czas. Jedna schodziła z parkietu i od razu pojawiała się następna. Mogliśmy każdy mecz rozpoczynać w ten sposób, lecz za każdą tego typu relację stacja telewizyjna musiała płacić dodatkowe pieniądze.

Gdzie się Panowie zatrzymali podczas wizyty w Bostonie?

- Każda ekipa telewizyjna rezerwowała sobie wcześniej miejsca w hotelach. My natomiast skorzystaliśmy z gościnności moich bliskich, którzy mieszkają w Bostonie.

Dlaczego mecze, które odbywały się w Los Angeles, komentowane były ze studia w Warszawie, a nie z hali Staples Center?

- Dodatkowe przeloty z Bostonu do LA i stanowiska komentatorskie kosztują. Najwyraźniej transport i zakwaterowanie w Los Angeles wykraczały poza możliwy budżet, zaplanowany przez stację Canal +.

Przechodząc do samych meczów, jest Pan zaskoczony, że odbyło się ich aż siedem? Rzadko która rywalizacja finałowa w NBA trwa tak długo…

- Tegoroczny finał był starciem symboli. Celtics i Lakers to najbardziej utytułowane drużyny w lidze zawodowej. Była to także jedna z najbardziej porywających serii od czasów Michaela Jordana. Każdy mecz miał swoich bohaterów, tworzył odrębną historię. Losy tytułu rozstrzygnęły się w detalach. Obie ekipy są bardzo wyrównane, dlatego maksymalna ilość gier, potrzebna do rozstrzygnięcia, nie była wielkim zaskoczeniem.

Podobał się Panu mecz nr 7? Jakby Pan podsumował tegoroczne finały?

- Siódmy mecz był brzydki, ale pełen walki i determinacji. Oba zespoły biły się ze swoimi słabościami. Te finały można podsumować w sposób następujący: ofensywa przyciąga tłumy, defensywa wygrywa poszczególne mecze, a zbiórki dają mistrzostwa. I tak właśnie było. Zespół, który zebrał więcej piłek w każdym meczu, wygrywał. Ważne były też kontuzje. Andrew Bynum, podkoszowy Lakers, od pierwszego spotkania borykał się z problemami z kolanem. Na szczęście – dla Jeziorowców – Phil Jackson potrafił to tuszować. Bardzo rozsądnie szafował jego siłami. Gdy natomiast kontuzji doznał Kendrick Perkins, podstawowy center Celtics, na początku meczu nr 6, Doc Rivers się zagubił a jego zespół przegrał różnicą ponad 20 punktów. To najwyższa porażka w tej serii. Perkins nie jest mistrzem ataku, ale stanowi kluczowe ogniwo defensywne.

W tej serii każda z drużyn zdołała wygrać na parkiecie rywala…

- Tak, to prawda. Wygranie przez Celtów meczu nr 2 w LA dawało temu zespołowi ogromną szansę na mistrzostwo. Przełomem całej serii był jednak dla mnie mecz nr 3, w którym to Lakers pokonali w Bostonie Celtów i odzyskali przewagę parkietu. Znakomicie zagrał wówczas rezerwowy Derek Fisher, który zdobył w czwartej kwarcie dla gości 11 punktów! Zresztą to nie był jedyny mecz, w którym kluczem do sukcesu byli rezerwowi. W pojedynku nr 4 decydującymi postaciami, które przypieczętowały zwycięstwo Bostonu, byli Nate Robinson i Glen Davis. Wracając jednak do spotkania nr 3 – wielkie znaczenie dla wyniku mieli wówczas sędziowie, którzy faworyzowali ekipę Lakers. Cwaniakiem okazał się Fisher, który prowokował Ray’a Allena. Robił wszystko, aby strzelec Celtów nie przebił się przez zasłonę i nie wyszedł na czystą pozycję. W powtórkach wyraźnie było widać jak nieczysto gra Fisher, faulując bez piłki. Sędziowie nie zwracali na to uwagi. Lakersi szybciej potrafili się dostosować do sytuacji, do sposobu sędziowania. Wiedzieli na jakiego typu zagrania mogą sobie danego dnia pozwolić. Ta inteligencja i cwaniactwo, pomogły im wygrać mecz nr 3. Czynnik sędziowski nie był bez znaczenia.

Jak to jest, że Ray Allen w jednym meczu trafił 8 z 11 rzutów za trzy oczka, w tym pierwszych siedem, a w kolejnych dwóch spotkaniach przestrzelił następnych 18 prób? Z czego to może wynikać?

- Te mecze były nieprzewidywalne. Widzę kilka aspektów, które mogły mieć na to wpływ: po pierwsze zmęczenie. Ciężko wymagać od zawodnika gry na maksymalnej intensywności co drugi dzień. Biorąc pod uwagę ogromną odległość pomiędzy Los Angeles a Bostonem, koszykarze musieli odczuwać wyczerpanie. Niebagatelną rolę odgrywa też psychika. Nie bez przypadku Ron Artest, po zakończeniu całej serii, podziękował psychologom, z którymi pracował. To oni motywacyjnie przygotowywali zawodników. To niby małe rzeczy, ale one urastały do wagi wielkich. Myślę, że można powiedzieć, że wygrał zespół odporniejszy psychicznie.

Który trener reagował Pana zdaniem lepiej na parkietowe wydarzenia, które często wymykały się spod kontroli?

- Wydaję mi się, że przewagę na ławce trenerskiej mieli Lakersi. Phil Jackson swoim doświadczeniem, obyciem i spokojem, przewyższał Doca Riversa. Ze strony trenera Bostonu zabrakło mi odwagi w ostatnim meczu, żeby postawić na rezerwowych – Nate’a Robinsona i Glena Davisa. Najwyraźniej nie zaufał im w takim stopniu, jak podczas meczu nr 4, w którym to oni napędzali w czwartej kwarcie grę zespołu.

Czy finały nie udowodniły jak wiele brakuje liderowi Lakers, Kobe Bryantowi, do Michaela Jordana?

- Tak, to prawda, Bryantowi dużo brakuje do Jordana. Może niekoniecznie w umiejętnościach, bowiem jest niesamowicie utalentowany, ale na pewno w podejściu do gry. Z Jordana emanowało coś niesamowitego, potrafił zapanować nad swoimi emocjami. Kobe natomiast, gdy mu nie idzie, traci rozeznanie. Wyłącza się, nie dostrzega kolegów i popada we frustrację. Jordan nigdy tego nie robił.

Czy zatem tytuł MVP zasłużenie trafił w jego ręce? W ostatnim spotkaniu finałowym Bryant trafił tylko 6 z 24 oddanych rzutów z gry…

- Tytuł MVP przyznany zostaje zawodnikowi zwycięskiej drużyny. Moim zdaniem Bryant zasłużył na to trofeum. Robił ogromne problemy rywalom, grał równo, odbudowywał w trudnych momentach siebie i cała drużynę. W przypadku zwycięstwa Bostonu, statuetka MVP mogła trafić do Kevina Garnetta albo Rajona Rondo.

Garnett był Pana zdaniem jednym z bohaterów całej serii?

- Muszę przyznać, że rywalizacja pomiędzy Kevinem Garnettem a Pau Gasolem była niesamowita. Hiszpan zrobił w ostatnich sezonach ogromny postęp, olbrzymi skok. Nie jest już słabym fizycznie, miękkim zawodnikiem. Jest gladiatorem walczącym na poziomie tych amerykańskich atletów. Jednak Garnett dał mu lekcję sprytu i doświadczenia.

Można zatem powiedzieć, że zaawansowany wiek bostończyków nie był ich wadą? Podczas trwania sezonu zasadniczego wielu obserwatorów NBA uważało, że jest to zbyt „stary” zespół, aby mógł wytrzymać ponad sto spotkań na wysokiej intensywności. Wyeliminowanie w drodze do finału dwóch najwyżej rozstawionych w NBA drużyn – Cavaliers i Magic – chyba zaprzecza tej tezie…

- Boston to zespół, który się rozkręca. Zaimponował mi wygrywając w play-offach właśnie z Cleveland i Orlando. Już w samej serii finałowej podopieczni Doca Riversa też grali świetną defensywę zespołową i znakomicie przesuwali się do szybkiego ataku. Koszykarze Lakers, wracając do obrony, nie nadążali za tymi staruszkami (śmiech). Ta konfrontacja została rozstrzygnięta w niuansach. Równie dobrze mistrzami mogli zostać bostończycy. Wystarczy żeby w którymś z zaciętych momentów wpadła trójka i mecz mógłby się ułożyć inaczej.

Czy tegoroczne play-offy, zwłaszcza serie z udziałem Celtics, dowodzą, że koszykówka zmierza coraz bardziej w stronę defensywy?

- Przede wszystkim koszykówka jest coraz bardziej fizyczna. Im bardziej atletyczni gracze, tym mocniejszą grają defensywę. Jednak niskie wyniki wynikały także z ogromnego zmęczenia, a nie tylko z agresji. Mecze na ogromnej intensywności co dwa dni, w miastach oddalonych o tysiące kilometrów, to ogromny wysiłek. W jednym meczu Allen trafia jak karabin maszynowy, a w następnych seryjnie pudłuje. Oczywiście ma w tym swoją zasługę lepsza obrona rywali, ale także zmęczenie. W jednym ze spotkań doliczyłem się przynajmniej 12 przestrzelonych rzutów graczy Bostonu z czystych, wypracowanych pozycji. Te nieudane próby nie wynikały już z presji defensywy Lakers, a ze zmęczenia. Natomiast to prawda, że poziom defensywy idzie cały czas w górę.

wtorek, 22 czerwca 2010

Puchar został w Los Angeles



Ten drugi, co ze mną bloguje, w ostatnim "Słowie" podsumował zakończony finał NBA. A ja, cóż, jeszcze 2 miesiące temu dałbym sobie rękę uciąć, że Lakers, owszem, będą w finale, ale przegrają z Orlando Magic lub Cleveland Cavaliers. ostatecznie te dwie ekipy pogodzili bostończycy, ale w finale Lakersom rady nie dali. Siódmy mecz tej serii był prawdopodobnie ostatnim w karierze 35-letniego Rasheeda Wallace`a. Co prawda, obowiązuje go jeszcze dwuletni kontrakt z Celtics, ale przed meczem zwierzył się Docowi Riversowi, że chce zakończyć karierę...

Po raz drugi z rzędu mistrzami NBA zostali koszykarze Los Angeles Lakers! W nocy z czwartku na piątek polskiego czasu pokonali w siódmym spotkaniu na własnym parkiecie ekipę Boston Celtics 83:79 i obronili tym samym wywalczony rok temu tytuł. MVP finałów, z braku innego wyboru, został Kobe Bryant.

Los Angeles Lakers mają już na koncie 16 mistrzowskich tytułów. Tylko o jeden mniej od Boston Celtics. Zbliżenie się na dystans tylko jednego mistrzostwa zawdzięczają czwartkowemu zwycięstwu 83:79. Jeszcze po pięciu meczach finałowej serii na prowadzeniu 3:2 byli Celtics, którzy wygrali dwie spośród trzech gier na swoim parkiecie. Ostatnie dwa pojedynki, które padły już łupem Lakers, rozgrywane były w LA. Kalifornijczycy mecz nr 7 zaczęli bardzo nerwowo i nieskutecznie. Do przerwy legitymowali się fatalną 26-procentową skutecznością! Trafili ledwie 13 z aż 49 oddanych rzutów. Cały zespół miał na koncie tylko 6 asyst. Lider Jeziorowców nie potrafił wziąć na siebie ciężaru gry. Kobe Bryant zdobył 8 oczek, trafiając 3 z 14 rzutów z gry. Niespodziewanie najlepszym strzelcem gospodarzy do przerwy był Ron Artest – 12 oczek. Artest jako pierwsza strzelba broniących tytułu mistrzów – to mówi samo za siebie… Jedynym pozytywnym aspektem po stronie gry Jeziorowców była tablica. Do przerwy mieli aż 15 zebranych piłek w ataku! To pozwalało na ponawianie akcji i oddanie aż 49 rzutów. Liderem w tym względzie był Pau Gasol – 10 zbiórek w dwóch pierwszych ćwiartkach. Mistrzowie wykorzystywali brak podstawowego centra gości, Kendricka Perkinsa, który w poprzednim meczu nabawił się kontuzji kolana. Bostończycy mimo fatalnej dyspozycji rzutowej gospodarzy nie potrafili uciec na więcej niż kilka oczek. Na trzecią kwartę wychodzili prowadząc 40:34. Po zmianie stron postawa Lakers wcale się nie poprawiła. Celtics natomiast mądrze prowadzeni przez swojego rozgrywającego Rajona Rondo, odskoczyli na kilkanaście oczek – 49:36 po czterech minutach trzeciej ćwiartki – to była najwyższa przewaga gości. Kalifornijczycy próbowali zmniejszyć straty. Gdy tylko zeszli na sześć oczek, rzutem za trzy ukarał ich Paul Pierce – 18 punktów i 10 zbiórek w całym spotkaniu. Dzięki przewadzeniu w ilości zebranych w ataku piłek i oddanych rzutów wolnych, gospodarze zdołali nawiązać wyrównaną walkę w połowie czwartej kwarty. W odpowiednim momencie przypomniał o sobie słabo spisujący się tego dnia Derek Fisher. Jego rzut trzypunktowy doprowadził do remisu 64:64. Fisher, który był bohaterem swojej ekipy w wygranym meczu nr 3, trafił w czwartek 2-2 z dystansu. Cała drużyna miała jednak tylko 4-20 w tym elemencie! Chwilę później punkty z gry zdobył wreszcie Bryant i Lakers wyszli na kilkopunktowe prowadzenie! W ciągu ostatnich 90 sekund oba zespoły zdobyły aż po dziewięć punktów! Nagle seriami zaczęły wpadać rzuty z dystansu. Najpierw, przy wyniku 76:70 dla Lakers, trójką popisał się Rasheed Wallace. W ten sam sposób natychmiast odpowiedział mu Ron Artest (w całym meczu 20 punktów; 2-7 za trzy). Następne dwie trójki rzucili Ray Allen i Rajon Rondo i przewaga Lakers zmalała do dwóch oczek na kilkanaście sekund przed syreną kończącą spotkanie. Gospodarze nie pozwolili sobie jednak odebrać prowadzenia. Wygrali 83:79, mimo że trafiali z gry na poziomie tylko 32 procent! Ważne jednak, że oddali aż 12 rzutów więcej, które wynikały z przewagi na tablicach – Lakers zebrali aż 53 piłki, z czego 23 w ataku! Bostończycy uzbierali 40 zbiórek (8 w ataku). Poza tym Kalifornijczycy zdecydowanie częściej stawali na linii rzutów wolnych. Trafili 25 spośród 37 prób. Goście oddali tylko 17 rzutów za jeden punkt. Zbiórki, rzuty osobiste oraz pomoc w postaci punktów Rona Artesta okazały się decydującymi elementami w tym jakże emocjonującym meczu, w którym obie ekipy były jakby sparaliżowane. Znany z waleczności i zmiłowania do fizycznej walki Artest w takiej właśnie grze czuł się najlepiej.
Dzięki zwycięstwom w meczach nr 6 i 7, w których górą była defensywa, Lakers wywalczyli drugi z rzędu i 16. w historii mistrzowski tytuł. MVP finałów został Kobe Bryant, który w siódmym spotkaniu zdobył 23 punkty, przy fatalnej skuteczności 6/24! Blisko połowę ze swojego dorobku uzbierał z rzutów wolnych. Ostatni finał, w którym obie ekipy musiały rozegrać cały dystans, aby wyłonić spośród siebie zwycięzcę, odbył się w 2005 roku. Wówczas Detroit Pistons uległo San Antonio Spurs 3:4. Wcześniej, w finale sezonu 1993-94 Houston Rockets pokonało New York Knicks takim samym stosunkiem. Tegoroczny finał NBA był dopiero trzecim od ponad 20 lat, w którym rozegrana została maksymalna ilość meczów.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Celtics – Bryant 3:2

Chyba każdy koszykarski kibic na świecie marzy, aby finał NBA trwał jak najdłużej – czyli siedem spotkań. Na razie, po pięciu potyczkach, Boston Celtics prowadzi z L.A. Lakers 3:2. Ostatni mecz, rozegrany minionej nocy naszego czasu, zakończył się zwycięstwem bostończyków 92:86. To drugie z rzędu zwycięstwo mistrzów z 2008 roku. Do tej pory oba zespoły wygrywały na zmianę. Piąte spotkanie zakończyło się tylko kilkopunktową różnicą, bo po stronie gości z Los Angeles cuda robił Kobe Bryant. Superstrzelec obecnych mistrzów ligi rzucił aż 38 punktów! To jego rekord w tegorocznych finałach. Bryant nie miał jednak odpowiedniego wsparcia ze strony kolegów. Cały zespół z Kalifornii trafiał średnio ledwie 4 z 10 rzutów za dwa, podczas gdy bostończycy popisali się 62-proc. skutecznością. Wiele spośród niewykorzystanych akcji Lakers wynikało z agresywnej obrony gospodarzy, którzy dwoili się i troili, aby uniemożliwić rywalom zdobywanie punktów. Przy okazji sezonu zasadniczego wielu dziennikarzy, mnie też się to zdarzyło, nie wróżyło Bostonowi sukcesu w tym roku. Na nasze usprawiedliwienie chcę przypomnieć, że zespół ze stanu Massachusetts wówczas nie zachwycał, więc nasze przypuszczenia nie były bezzasadne. Celtics to druga najstarsza w lidze drużyna (średnia wieku ok. 30 lat), co w przypadku rozgrywania od końca października do połowy czerwca ponad stu meczów, nie pozostaje bez znaczenia. Podopieczni Doca Riversa udowadniają jednak, że determinacja i pożądanie mogą przezwyciężyć zużycie mięśni, a ogromne doświadczenie może spowodować, że najwyższa forma przychodzi na najważniejszy etap rozgrywek.

Jeden Bryant to za mało

Kobe Bryant w ciągu pierwszych 24 minut ostatniego meczu zdobył 10 punktów a jego zespół przegrywał różnicą sześciu oczek. Podczas następnych 12 minut gwiazda Lakers zdobyła aż 19 kolejnych punktów, ale przewaga gospodarzy zamiast maleć, urosła. Dlaczego? Przecież historia uczy, że nie ma wielkiej drużyny bez wybitnego zawodnika. Wystarczy spojrzeć na Chicago Bulls za czasów Jordana. Każdy zespół, chcący walczyć o klubowe mistrzostwo świata, musi mieć w swoich szeregach gracza, który w najtrudniejszych momentach weźmie na siebie ciężar zdobywania punktów. Bryant jest takim właśnie zawodnikiem. W ciągu 10 minut trzeciej kwarty ostatniego spotkania punkty dla „Jeziorowców” zdobywał tylko on! Jednak jak pokazali Celtics, wygrać z najlepszymi zespołami, które w swoich składach mają mega gwiazdy, można na dwa sposoby:

1) W półfinale Konferencji Wschodniej Boston spotkał się z Cleveland Cavaliers. Przypomnijmy, że po stronie ekipy ze stanu Ohio występuje najlepszy koszykarz w całej NBA (LeBron James). Sposobem na wyeliminowanie Cavaliers w drodze do finału było powstrzymanie Jamesa. Bez jego punktów zespół nie był w stanie prawidłowo funkcjonować i wygrać z Bostonem.

2) Zupełnie inaczej wygląda postawa Celtic wobec Lakers. Bryant zdobywa ponad 30 punktów, ale co z tego, skoro jego koledzy nie potrafią przebić się przez perfekcyjną defensywę doświadczonych bostończyków. Mimo że Bryant w trzeciej ćwiartce zdobył w sumie aż 19 punktów, trafiając 7 z 11 oddanych rzutów (co jeśli się nie mylę zbliża się do rekordu NBA), przewaga bostończyków rosła. Gospodarze uzbierali aż 9 asyst więcej od zespołu z Kalifornii, co przełożyło się na jakże istotne zwycięstwo. Krótko mówiąc, dobrze ułożony zespół dobrych zawodników, może pokonać ekipę z wybitnym strzelcem w składzie. Szóste spotkanie, już w Los Angeles, odbędzie się w nocy z wtorku na środę polskiego czasu. Jeśli Lakersi nie uruchomią innej „strzelby” poza Kobe Bryantem, mogą już w szóstym spotkaniu tej serii przegrać mistrzostwo NBA.

Czerniak zrezygnował z pracy trenerskiej

Pamiętacie trenera Radosława Czerniaka? W ostatnim sezonie prowadził I-ligowy ŁKS Łódź, z którym wywalczył 3. miejsce (do ekstraklasy awansowały dwa najlepsze zespoły). Ale w przeszłości awans do elity wywalczył z Turowem Zgorzelec i Górnikiem Wałbrzych. Szczególnie wprowadzenie do ekstraklasy Wałbrzycha było wielką niespodzianką, bowiem wówczas Górnik miał jeden z niższych budżetów w I lidze. Podczas ubiegłorocznego EuroBasketu pracował w reprezentacji Polski jako asystent Muliego Katzurina. O Radku Czerniaku mam bardzo dobre zdanie – to w swoim fachu profesjonalista, człowiek z zasadami i pasjonat koszykówki. O baskecie można z nim rozmawiać godzinami. Niestety, sprawy rodzinne zmusiły go do porzucenia zawodu trenera (mam nadzieję, że nie na zawsze). Kilka tygodni temu efektem naszego spotkania był tekst (ukazał się w „Słowie Sportowym”), w którym Radek Czerniak podsumował swoją przygodę z koszykówką. Poruszył też wiele bardzo ważnych tematów, o których trenerzy nie zawsze mają odwagę mówić. Zapraszam do lektury!

Najtrudniejsza decyzja w życiu




Jako koszykarz zdobywał medale mistrzostw Polski. Jako trener m.in. wprowadził do ekstraklasy zespoły ze Zgorzelca i Wałbrzycha. Pracował z reprezentacją Polski u boku Muliego Katzurina podczas EuroBasketu 2009. Ale niedawno postanowił wycofać się ze sportowego życia. – Rezygnacja z wykonywania zawodu trenera i odejście od sportu to dla mnie najtrudniejsza decyzja w życiu, ale trzeba umieć oddzielać sprawy ważne od mniej ważnych. A najważniejsza jest dla mnie rodzina – mówi Radosław Czerniak, który na łamach „Słowa Sportowego” podsumował swoją 24-letnią przygodę z koszykówką, opowiadając m.in. o najciekawszych i najważniejszych momentach swojej pracy.


41-letni Czerniak to jeden z najbardziej utalentowanych polskich trenerów. Już jako zawodnik święcił sukcesy, m.in. ze Śląskiem Wrocław, z którym sięgał po medale MP. W swojej karierze zawodniczej czterokrotnie wygrywał tytuł mistrza Polski, zdobył także Puchar Polski. W 2003 roku, jako zawodnik I-ligowego wówczas Turowa Zgorzelec, zakończył karierę. Niemal z marszu został wówczas trenerem tej drużyny.

Wypłyniesz albo popłyniesz

- W Zgorzelcu wszystko się zaczęło. To był wymysł nieżyjącego już prezesa Turowa, pana Kamińskiego, żebym został trenerem. Spadło to na mnie nieoczekiwanie i od razu w pierwszym sezonie mojej pracy w roli trenera wyznaczono mi cel w postaci awansu do ekstraklasy. Usłyszałem wtedy: „albo wypłyniesz, albo popłyniesz”. Udźwignęliśmy to wspólnie z zespołem i ten awans to był dla mnie wymarzony początek przygody z trenerką. Klub, jak na tamte warunki, był bardzo poukładany, ale po awansie nie było mi dane prowadzić Turowa samodzielnie w ekstraklasie. Dwa lata terminowałem i czkałem na swoją szansę. W końcu po dwóch sezonach w roli asystenta nie chciałem czekać dłużej i zdecydowałem się na podjęcie samodzielnej pracy w Górniku Wałbrzych, gdzie był budowany zespół, który miał w I lidze powalczyć o czołową czwórkę. Okazało się, że z bardzo skromnym budżetem i dobrą selekcją w trakcie sezonu, wywalczyliśmy awans do ekstraklasy, co było dla wszystkich szokiem, bo wcześniej nikt na nas nie stawiał. Zespół był fantastyczny, z wielkim charakterem, a jeśli chodzi o fanatyzm kibiców, to mogę postawić znak równości między kibicami Górnika i ŁKS-u. Później, jak popatrzyłem na ten zespół, to aż wierzyć się nie chciało, że awansowaliśmy, tym bardziej, że walczyliśmy z przeciwnościami losu: kontuzjami i zawieszeniami zawodników. Cały nasz sukces był oparty na olbrzymim charcie ducha i cechach wolicjonalnych graczy. To samo udało się wypracować w ostatnim sezonie w ŁKS-ie.

Pasjonaci z Łodzi

To właśnie do Łodzi trafił po dwóch bardzo owocnych latach pracy z Górnikiem (w pierwszym sezonie awans do ekstraklasy, w drugim – mimo skromnego budżetu – pewne utrzymanie w elicie). W zakończonym sezonie prowadzony przez niego ŁKS zajął wysokie 3. miejsce w I lidze, ocierając się o awans do ekstraklasy. – W ŁKS-ie miałem to szczęście, że trafiłem na pasjonatów rządzących klubem, którzy mimo wielu przeciwności losu i zawirowań sponsorskich, potrafili to wszystko udźwignąć i uratować, mimo że w pewnym momencie pojawiła się nawet groźba rozwiązania zespołu. Razem potrafiliśmy dojść do 3. miejsca, choć oczekiwania były dużo mniejsze. Nikt na nas nie stawiał, a nieoczekiwanie mocno powalczyliśmy o awans do ekstraklasy, choć sportowo nie byliśmy na to przygotowani, na co złożyło się wiele czynników, m.in. zdrowotnych. Uważam, że łódzki klub jest bardzo fajnie zorganizowany. Rządzą nim młodzi, ambitni ludzie, dobrze przygotowani do swojej roli, merytorycznie gotowi i zdolni do rozmowy z drużyną o każdym problemie. Na pewno te dwa lata nie są stracone i przykro mi, że musiałem się rozstać z ŁKS-em. Jestem pewny, że ten zespół, wzmocniony może dwoma zawodnikami, wywalczy awans do ekstraklasy. Będę za to trzymał kciuki.

Rodzina jest najważniejsza

Z pewnością w kolejnym sezonie trener osobiście dopilnowałby tego, by ŁKS wywalczył promocję do ekstraklasy, ale po zakończeniu sezonu podjął trudną decyzję o rozstaniu z zawodem trenera, odejściu od sportu i powrocie do Wrocławia, gdzie na stałe mieszka. – Śmierć mojego taty bardzo skomplikowała funkcjonowanie całej mojej rodziny. Okazało się, że nie może to wszystko dalej być tak, jak do tej pory i niezbędny jest mój powrót na stałe do Wrocławia. Nie ukrywam, że wiążąca się z tym rezygnacja z wykonywania zawodu trenera i odejście od sportu, to dla mnie najtrudniejsza decyzja w życiu, ale trzeba umieć oddzielać sprawy ważne od mniej ważnych. A najważniejsza jest dla mnie rodzina – wyjaśnia. Nie wyklucza jednak, że kiedyś do koszykówki wróci. – Nawet jeśli w przyszłości wrócę do koszykówki, to raczej nie do trenerki na wysokim poziomie ligowym, tylko ewentualnie do pracy z młodzieżą. Może nawet nie jest to złe rozwiązanie, bo uważam, że krok po kroku trzeba zacząć odbudowywać koszykówkę we Wrocławiu. Im szybciej uda się to zrobić, tym lepiej.

Przygoda z reprezentacją

Przez półtora roku Czerniak pracował z reprezentacją Polski, która przygotowywała się do występu w EuroBaskecie 2009, którego nasz kraj był gospodarzem. Tę prace wspomina dziś jako bardzo ciekawe doświadczenie. – Dało mi to olbrzymi bagaż doświadczeń. EuroBasket to już była kulminacja, ale wcześniej graliśmy mecze z bardzo wymagającymi rywalami, m.in. Argentyną, Hiszpanią, Niemcami i Włochami. Widziałem z bliska, jak te kadry są zorganizowane, jak funkcjonują sztaby trenerskie, jak wygląda organizacja pracy wokół kadry. Widziałem wreszcie, jak te zespoły grają i jakie są nowoczesne trendy w koszykówce. To jest coś najlepszego, co przytrafiło mi się w mojej karierze trenerskiej. Niestety, przed końcem tego sezonu, wiedząc, że już nie będę zawodowo pracował w koszykówce, musiałem poinformować o tym władze PZKosz i moja przygoda z kadrą dobiegła końca. Była to dla mnie praca bardzo nobilitująca i przede wszystkim mająca wymierne korzyści sportowe – opowiada. Jak ocenia występ biało-czerwonych podczas EuroBasketu? – Troszkę zachłysnęliśmy się dwoma zwycięstwami grupowymi. Po nich zespół jakby trochę odetchnął, że to, co miał zrobić, to wykonał. Gdybyśmy mocniej uwierzyli, że stać nas na coś więcej, to być może wyrwalibyśmy jeszcze jedno zwycięstwo, które mogło dać przepustkę do ćwierćfinału. Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że przegraliśmy z bardzo dobrymi drużynami, które później były w strefie medalowej – wylicza. Teraz Czerniak zamierza trzymać kciuki za Igora Griszczuka, który poprowadzi reprezentację w letnich eliminacjach do mistrzostw Europy 2011. – Uważam, że spośród trenerów pracujących w Polsce, Griszczuk to najlepsza opcja i chciałbym, żebyśmy wszyscy wspierali kadrę i jej trenera – mówi.

Poziom ligi spada

Ogólnie wynik kadry w ME należy uznać za przyzwoity, choć… – Reprezentacja zaciemnia obraz polskiej koszykówki, bo zbierają się koszykarze, którzy występują za granicą, z Marcinem Gortatem na czele, których na co dzień w Polsce nie oglądamy. Bardzo chciałbym, że równie duży wpływ na grę kadry mieli zawodnicy, których znamy z występów w polskiej lidze i których możemy oglądać na co dzień. Na razie jest to niemożliwe, ale jeżeli zaczniemy sukcesywnie podnosić poziom ligi i polskich graczy, to tak się stanie. Z tym, że nie jest to proste, bo, niestety, poziom polskiej ligi z roku na rok spada. Mogę śmiało powiedzieć, że prowadzony przeze mnie zespół Górnika Wałbrzych sprzed trzech lat, który wówczas walczył o utrzymanie, w obecnym sezonie bez problemów załapałby się do fazy play-off. Szansę poprawy tej sytuacji widzę jedynie w mądrych prezesach klubów, którzy będą chcieli poprawić coś na lepsze i m.in. sięgną po polskich trenerów. To nie jest tak, że dobrych, polskich trenerów nie ma. Są, ale nikt ich nie sprawdza. Gdyby dostali szansę, to wreszcie dochowalibyśmy się fajnych, rodzimych szkoleniowców i bylibyśmy z nich dumni. Bo to nie jest tak, że polska myśl szkoleniowa jest zacofana. To jest tylko kwestia dodania trenerom pewności siebie.

Trenerzy do szkoły

Dwa lata temu wystartował pionierski projekt polskiej szkoły trenerów, która kształci młodych szkoleniowców. Z takiej formy edukacji skorzystał także Radosław Czerniak. – Jestem uczestnikiem pierwszego rocznika polskiej szkoły trenerów, która funkcjonuje pod auspicjami PZKosz. Uważam, że jest to coś absolutnie fantastycznego. Twórcy szkoły chyba sami nie spodziewali się, że tak wiele dobrego uda się zrobić, jeśli chodzi o trenerów młodego pokolenia. Na zajęcia uczęszcza ponad 40 młodych trenerów z całej Polski, a chętnych do podjęcia nauki było ponad stu. Wiem, że wielu trenerów nie zgłosiło się do tej szkoły – być może myśleli, że są ponad to i wiedzą więcej. Ale tak nie jest. Ja już w życiu sportowym widziałem sporo, zarówno jako koszykarz, jak i trener, a mimo to na każdym zjeździe szkoły trenerów było dla mnie coś ciekawego i coś nowego. Zajęcia (treningi mentalne, fizyczne i czysto koszykarskie) prowadzili bardzo fajni ludzie, którzy przyjeżdżali z całego świata (USA, Francja, kraje bałkańskie). W czerwcu pierwszy rocznik skończy szkołę, ale powstaje pytanie, co dalej? Tych 40 młodych trenerów chce swoją wiedzę gdzieś spożytkować, ale nie jest to proste. Polska liga jest zdominowana przez trenerów obcokrajowców wątpliwej jakości. Tak naprawdę wpływ na jej kształt mieli tylko Andrej Urlep i Saso Filipovski. Reszta, jak dla mnie, to trenerzy słabi lub w najlepszym przypadku przeciętni. Jest wiele przykładów klubów, które co roku partaczą sprawy sportowe, a młodzi ludzie ze szkoły trenerów, za dużo mniejsze budżety, zrobiliby podobne, jak nie lepsze wyniki. Problemem jest, że w lidze najczęściej dochodzi do układów personalnych między prezesami klubów, trenerami i agentami sprowadzającymi zawodników. Dlatego w najlepszych klubach polscy trenerzy praktycznie nie mają szans na pracę. Zostają kluby z niskimi budżetami, w których od trenera wymaga się bardzo wiele, stwarzając nieporównywalnie gorsze warunki do pracy od tych, jakie mają trenerzy przyjeżdżający do PLK z zagranicy.

Etyka w pracy

- Wszystkim moim kolegom i koleżankom w szkole trenerów staram się wpajać zasadę wzajemnego wspierania się, mówienia dobrze o sobie i nie negowania siebie nawzajem w rozmowach, ponieważ to jest bardzo ważne dla nas samych. W ten sposób możemy pokazać, że sami siebie szanujemy i wspieramy – wylicza Radosław Czerniak. Dlaczego uważa, że to takie ważne? – Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że kandydat na trenera reprezentacji Polski – Tomasz Służałek – w tym roku, po meczu przegranym przez mój zespół, zadzwonił do moich szefów i zanegował wszystko to, co zrobiłem w tym meczu jako trener. Kompletnie nie rozumiem dlaczego to zrobił. Właśnie to jest coś, co wykracza poza moje rozumienie etyki trenerskiej – wyjaśnia. Na swojej drodze zawodowej spotkał już wielu różnych szkoleniowców. – Nie chcę mówić, że od każdego trenera, z którym pracowałem, można się było czegoś nauczyć, bo tak wcale nie było. Miałem okazję pracować z trenerem, który równie dobrze mógłby być trenerem piłki nożnej czy menadżerem w żużlu i dokładnie tak samo by funkcjonował. Ale miałem też okazję pracować z kilkoma ludźmi, którzy nowocześnie prowadzili zespoły. Są pewne elementy, które u nich podpatrzyłem, a które wykorzystywałem w swojej późniejszej pracy trenerskiej.

Nikt mnie nie zwolnił

Radosław Czerniak ma obecnie 41 lat. Koszykówką zajmował się od 24 lat. – Na palcach jednej ręki mogę policzyć sezony, kiedy zarówno jako zawodnik, jak i trener, nie grałem w play-off. Prawie nigdy nie przegrałem w pierwszej rundzie. Jestem zahartowany w walce o wyższe cele. Moją przygodę trenerską najlepiej obrazują liczby – w 165 meczach ligowych prowadzone przeze mnie zespoły zwyciężały 103 razy. A zespół złożony z gwiazd miałem tylko raz – w Turowie Zgorzelec. Szkoda, że nie dane było mi poprowadzić tej drużyny w ekstraklasie, choć przyznam się, że zawsze towarzyszyło mi przeczucie, że kiedyś jeszcze to zrobię. Półtora roku temu, gdy Zgorzelec opuścił Saso Filipovski, miałem telefon z Turowa z propozycją pracy, ale wówczas byłem związany z ŁKS-em, a jestem bardzo lojalnym człowiekiem i zawsze staram się wywiązać z tego, do czego się zobowiązałem, dlatego wtedy nie dogadaliśmy się. Natomiast mam satysfakcję, że w lidze z Turowem nigdy nie przegrałem – gdy prowadziłem Górnika Wałbrzych, dwukrotnie pokonaliśmy zgorzelczan. Przez te 24 lata spędzone w koszykówce, najpierw jako zawodnika, a później jako trenera, nikt mnie nigdy nie zwolnił przed upływem obowiązującego kontraktu. I to najlepsze podsumowanie mojej pracy.

piątek, 11 czerwca 2010

Piękno, którego niektórzy nie dostrzegają…

„Za nami najbrzydszy mecz w tych finałach” – piszą ogólnopolskie portale internetowe o meczu nr 4, który odbył się minionej nocy. Faktycznie, nie był to łatwy mecz do oglądania. Zwłaszcza dla tych fanów, których interesują przede wszystkim popisy ofensywne. Spotkania pomiędzy Lakers i Celtics są dla prawdziwych koneserów, którzy doceniają różnorodność zagrań taktycznych i determinację w dążeniu do celu. Walka, fizyczne starcia, ogromne emocje wyczuwalne z perspektywy telewizora – nawet bez technologii HD, to prawdziwa sól sportu. Jeśli ktoś nie docenia tego typu meczów, to nie jest prawdziwym kibicem koszykarskim, nie rozumie piękna tej dyscypliny i nie bardzo się na niej zna.
Poniżej ilustracje, które obrazują poziom emocji i determinacji, który towarzyszy tegorocznym finałom:













Cóż, nie sposób nie zgodzić się z hasłem ligi NBA: „WHERE AMAZING HAPPENS”.

NBA: Finał marzeń

Oczy całego koszykarskiego świata od 3 czerwca zwrócone są na dwa amerykańskie miasta: Boston i Los Angeles. Te bowiem miejsca są areną zmagań najlepszych na świece koszykarskich drużyn, walczących o tytuł mistrza NBA. W rywalizacji do czterech zwycięstw koszykarze L.A. Lakers remisują z Boston Celtics 2:2.
Kilka dni przed rozpoczęciem finałowej potyczki o Puchar Larry’ego O’Briana zastanawiałem się, który element koszykarskiego rzemiosła może okazać się rozstrzygający dla losów tej serii. W artykule, który ukazał się 31 maja w „Słowie Sportowym”, pisałem między innymi:

„(…) Lakersi mają wybitnego strzelca w postaci Kobe Bryanta, którego forma stale rośnie. Boston dysponuje bardziej zbilansowanym składem. Oba zespoły mają w swoich szeregach niesamowitych walczaków (Ron Artest w Lakers i Rasheed Wallace w Celtics). Obecni mistrzowie prowadzeni są przez najbardziej utytułowanego trenera w historii NBA. Phil Jackson ma już na koncie 10 mistrzowskich pierścieni. Bostończycy mają przewagę na pozycji rozgrywającego, Lakersi natomiast wydają się być silniejsi pod koszem. Który element zadecyduje? Forma Kobe Bryanta? Postawa graczy rezerwowych obu ekip? Defensywa Bostonu? (…)”

Jak pokazały cztery dotychczas rozegrane spotkania, każde z zadawanych przeze mnie pytań było jak najbardziej zasadne. Postawa rozgrywającego Celtics przyczyniła się w znacznej mierze do zwycięstwa jego zespołu 103:94 w meczu nr 2. Wówczas Rajon Rondo zanotował triple-double – 19 punktów, 10 zbiórek i 12 asyst. Aż 10 spośród owych punktów Rondo zdobył w ostatniej kwarcie, która zadecydowała o zwycięstwie bostończyków. Postawa rezerwowych dała Celtom kolejne zwycięstwo, tym razem w spotkaniu nr 4. Glen Davis grał przez 22 minuty. W tym czasie rzucił 18 punktów, z czego 9 w ostatnich minutach gry. Nate Robinson, który na parkiecie spędził 18 minut, nie dość, że dał w tym czasie odpocząć podstawowemu rozgrywającemu Celtics, to jeszcze dołożył 12 oczek. Żeby unaocznić znaczenie wyczynów obu zawodników, przytoczę ich dotychczasowe statystyki: Glen Davis w tegorocznych play-offach zdobywa średnio osiem punktów w 21 minut, więc postęp poczynił ogromny. Robinson z kolei przebywa na placu gry średnio przez siedem minut i zdobywa cztery oczka. Teraz, potroił średnią rzucanych punktów. Postawa tych dwóch koszykarzy zapewniła Bostonowi zwycięstwo 96:89 w czwartym spotkaniu. Sposób gry wspomnianych przeze mnie wcześniej „walczaków”, także miał już swój ogromny wpływ na przebieg rywalizacji o mistrzostwo ligi zawodowej. Jeden z najlepszych obrońców NBA, Ron Artest, skutecznie eliminuje z gry lidera i kapitana Celtics, Paula Piearce’a. W meczu nr 2 Pierce zdobył ledwie 10 punktów, trafiając dwa spośród 11 oddanych rzutów z gry. Wszystko dzięki agresywnej obronie gracza Lakers. Zgodnie z przewidywaniami koszykarze z Miasta Aniołów mają przewagę pod tablicami. Pau Gasol i Andrew Bynum w spotkaniu nr 2 zdobyli w sumie 46 oczek, zebrali 6 piłek w ataku i aż 13-krotnie blokowali rzuty swoich rywali! Po stronie Kalifornijczyków zdecydowanym liderem jest Kobe Bryant, który uznany został najlepszym graczem trzech spośród czterech rozegranych dotychczas gier. W tej ostatniej zdobył aż 33 punkty (cały zespół dołożył ledwie 56 – w tym Pau Gasol 21!). Widać wyraźnie, że równomierniej obowiązki strzeleckie rozkładają się po stronie Celtics. W tym samym meczu, w którym Bryant zdobył 33 oczka, a reszta kolegów nie udzieliła mu wystarczającego wsparcia, aż sześciu bostończyków rzuciła między 12 a 19 punktów!
Wydaje się, że każda ze stron w tych czterech meczach wykorzystywała już swoje liczne atuty. Mieliśmy rozstrzygnięcia padające w samych końcówkach, popisy graczy drugiego planu, nieprawdopodobne wyczyny głównych strzelców, walkę fizyczną, wykorzystywanie przewag podkoszowych przez Lakers i znakomite kreowanie gry przez rozgrywających Celtics. Który element okaże się rozstrzygający w kolejnym meczu, do którego dojdzie w nocy z niedzieli na poniedziałek polskiego czasu? Czy objawi się kolejny bohater, jak Glen Davis? Czy może Bryant załatwi sprawę na korzyść obecnych mistrzów NBA dzięki swoim popisom ofensywnym?

Antybohaterowie?

O pracy sędziego mówi się tak: jest ona wykonywana znakomicie wówczas, gdy parkietowego rozjemcy w ogóle się nie zauważa. Gdy natomiast stara się być głównym bohaterem widowiska i odgwizduje przewinienia, których nie było, staje się obiektem kpin i agresji. Podczas tegorocznych finałów sędziów nie da się nie zauważyć. Niemal co akcję korzystają z gwizdków i przerywają grę. Nie było spotkania, w którym kilku koszykarzy nie borykało się z nadmiarem fauli. Pytanie tylko, czy to wina sędziów? Będących pod ostrą krytyką arbitrów chciałbym – co czynię rzadko – wziąć w obronę. Już pierwsza akcja spotkania nr 1 zapowiedziała fizyczną walkę, w której udział zamiar mają wziąć przedstawiciele obu zespołów. W niemalże zapaśniczym stylu zwarli się wówczas Ron Artest i Paul Pierce. Przepychanka skończyła się w parterze, gdzie w porę zainterweniowali sędziowie. Każda akcja to walka, każdy zawodnik próbuje wymusić przewinienie rywala, nie kiedy korzystając ze słownych prowokacji. Arbitrzy, nie chcący doprowadzić do niesportowych zagrań, muszą temperować zapędy koszykarzy. W czwartej kwarcie trzeciego meczu dochodziło do tak kontrowersyjnych sytuacji, że sędziowie aż trzykrotnie korzystać musieli z zapisu wideo, aby rozstrzygnąć, kto ostatni dotknął piłki zanim ta opuściła parkiet, lub gracz której ekipy popełnił faul. Rola rozjemcy, gdy ma się przeciwko sobie liczącą 19 tysięcy ludzi publiczność i kilkunastu ogromnych facetów, którzy walczą o mistrzostwo, nie jest łatwa…

Historia pisana na naszych oczach

Tak utytułowanych zespołów jak Lakers i Celtics na parkietach NBA nie ma. Ci pierwsi znaleźli się w finale po raz trzeci z rzędu i 31. w historii! Bostończycy o trofeum rywalizowali już 20- krotnie. Przegrali tylko trzy razy. Lakersi mają na koncie 15 tytułów mistrza ligi zawodowej. Jeziorowcy i Celtowie do tej pory już 11-krotnie spotykali się w finałach. Po raz pierwszy w 1959 roku. Kalifornijczycy mieli wówczas już 5 tytułów na koncie, zaś Boston tylko jeden. W bezpośredniej rywalizacji lepsi byli jednak ci drudzy. Koszykarze ze stanu Massachusetts rozgromili bardziej utytułowanych rywali 4:0. Ostatnie sezony lat 50., to początek wielkiej dominacji Celtics. W latach 1957-1969 w finałach byli aż 11-krotnie i za każdym razem wygrywali! Aż trudno uwierzyć, ale wśród wielkich pokonanych 7-krotnie znaleźli się w tych latach koszykarze Lakers! Pierwsza finałowa walka pomiędzy tymi zespołami, która zakończyła się wiktorią Kalifornijczyków, miała miejsce w sezonie 1984-85. Wówczas bostończycy w walce do 4 zwycięstw zdołali wygrać ledwie 2 mecze. LA Lakers, z Kareemem Abdul-Jabarrem w składzie, okazało się za silną ekipą. Po raz ostatni te wielkie zespoły zetknęły się w finale 2008 roku. Boston po ponad 20 latach odzyskał wówczas miano najlepszej koszykarskiej drużyny na świecie. Tegoroczna rywalizacja to już 39. finał NBA, w którym występują Lakers lub Celtics.

środa, 9 czerwca 2010

Przerwa na reklamę


Ten drugi co ze mną bloguje, od niedawna też "porykuje" na tematy społeczno-polityczne, więc zapraszam do odwiedzenia jego nowego bloga "Łoś na rykowisku", gdzie raczej nie znajdziecie nic o sporcie, ale na pewno będzie ciekawie i... konkretnie. Adres znajdziecie też w zakładce CIEKAWE BLOGI (w zielonym panelu po prawej stronie).

Wielkie święto piłki

Przez najbliższy miesiąc oczy całego sportowego świata zwrócone będą na RPA, gdzie w piątek rozpoczną się najważniejsze obok igrzysk olimpijskich zawody – piłkarski mundial. W czasach starożytnych na czas największych wydarzeń sportowych przerywano nawet krwawe wojny. Współczesne igrzyska futbolowe nie mają aż takiej mocy sprawczej, ale z pewnością są czasem magicznym dla każdego kibica. Zakochany w futbolu poeta i dziennikarz sportowy Kazimierz Wierzyński w latach 20. poprzedniego stulecia powiedział, że „sport jest tą formą zbiorowego przeżywania, która wywołując gromadne uniesienie zachwytu, podziwu, aprobaty, przerzuca mosty porozumienia między narodami, niweluje różnice, staje się manifestacją powszechnego braterstwa i ogólnoludzkiej solidarności.” Dziś, prawie 90 lat później, to zdanie nie straciło nic na aktualności. Święto futbolu to coś, co jednoczy wszystkich kibiców. Mundial sprawia, że powstaje tajemnicza nić porozumienia ponad klubowymi podziałami, polityczne kłótnie schodzą na dalszy plan, a ludzie na ulicach i w tramwajach zapominają na chwilę o szarej rzeczywistości i zastanawiają się czy Włosi obronią tytuł, Brazylijczycy zachwycą techniką, a Messi zagra w kadrze równie dobrze, jak w Barcelonie. W świecie mediów elektronicznych, wszechobecnego Internetu, jakości obrazu HD i telewizji trójwymiarowej, siedząc wygodnie w kapciach przed telewizorem czy monitorem komputera, dla każdego fana futbolu mistrzostwa świata to przeżycie wyjątkowe. Parafrazując Marshalla McLuhana można rzec, że w obliczu mundialu świat staje się globalnym stadionem.
Jesteśmy świadkami narodzin historii – mistrzostwa po raz pierwszy odbędą się na Czarnym Lądzie, choć jeszcze kilkanaście lat temu taki scenariusz wydawałby się nierealny. Ale to tylko potwierdza tezę, że piłka zmienia świat, pcha go do przodu, rozwija. Każdy mundial to coś nowego. Osiem lat temu w Japonii i Korei powiało kulturą orientalną. Ostatnie mistrzostwa u naszych zachodnich sąsiadów to niemiecka precyzja i dbałość o każdy detal. Co może być znakiem rozpoznawczym turnieju w RPA? Na pewno kibice, jakich wcześniej świat nie widział. Atmosfera wielkiego święta, plemienny koloryt, doping z udziałem bębnów – to wszystko przed nami. A może jeszcze więcej? Może po raz pierwszy po Puchar Świata sięgnie drużyna z Afryki? Statystyki przemawiają za takim rozwiązaniem – do tej pory na 18 mundialach aż 15 razy zwyciężało państwo z kontynentu, na którym odbywał się turniej, w tym 6 razy po mistrzostwo sięgał gospodarz. Nawet jeśli „Bafana Bafana” na swoim podwórku nie zdobędą złota, to i tak będzie to wyjątkowy turniej.
Wśród zachwytów nad Messim, Kaką i Cristiano Ronaldo żal tylko, że w RPA zabraknie Polaków. Przez ostatnie osiem lat zdążyliśmy przywyknąć do obecności biało-czerwonych w światowej elicie, nawet jeśli odgrywali w tej stawce tylko marginalną rolę. Teraz przyjdzie nam kibicować innym krajom i żyć wspomnieniami...

środa, 12 maja 2010

Krok w dobrą stronę?

„Nowa ustawa o sporcie – szanse i zagrożenia” – pod takim roboczym tytułem w Wyższej Szkole Zarządzania i Coachingu we Wrocławiu odbyło się forum, podczas którego działacze sportowi, trenerzy, dziennikarze i studenci dyskutowali o projekcie ustawy, która ma zmienić polski sport. Co prawda od tego forum minęły już dwa tygodnie, ale temat jest na tyle aktulany, że mimo wszystko postnowiłem go tutaj poruszyć.

Projekt nowej ustawy o sporcie wciąż ulega zmianom, ale dziś można już z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, co się zmieni. Do najważniejszych obszarów, jakie porusza ustawa, należą m.in. kwestie dopingu i kar z nim związanych, systemu kształcenia kadr trenerskich i menedżerskich dla sportu, kar za korupcję czy rozgraniczenia kompetencji między Ministerstwem Sportu a Polskim Komitetem Olimpijskim. Ale największe emocje budzą zapisy dotyczące funkcjonowania związków sportowych oraz finansowania sportu. I głównie o tych obszarach dyskutowali goście zaproszenie na forum WSZiC. Wśród nich znalazło się kilku przedstawicieli dolnośląskich związków sportowych (dlaczego tylko kilku, wszak związków jest ponad 30?!), z prezesem DZPN Andrzejem Padewskim na czele, klubowi działacze, trenerzy, specjaliści m.in. z zakresu prawa i medycyny, dziennikarze sportowi oraz studenci.
Wg zapisów nowej ustawy istnieje „możliwość wspierania finansowego działalności klubów sportowych przez jednostki samorządu terytorialnego, przy czym wsparcie to musi pozostawać w nierozerwalnym związku z realizacją celów publicznych samorządu”. Poza tym ustawodawca przewiduje możliwość „dofinansowania klubów niedziałających w celu osiągnięcia zysku”. Taki zapis krytykuje jednak wielu specjalistów zajmujących się sportem. – Sport nie jest jednolitym zjawiskiem. Jest sport dla wszystkich i jest sport profesjonalny, regulowany mechanizmami rynkowymi. Ten podział jest fundamentalny i ma wpływ na finansowanie. W sporcie dla wszystkich realizujemy cele społeczne, więc uzasadnione jest finansowanie ze środków publicznych. Natomiast tam, gdzie pojawia się możliwość pozyskania sponsorów czy partnerów, powinien funkcjonować kodeks handlowy. Niestety, w nowej ustawie nadal jest próba łączenia tych dwóch rzeczy, bo spółki na działalność statutową będą mogły dostawać dotacje ze środków publicznych. Jestem przekonany, że ten zapis będzie generował różnego rodzaju nadużycia i zbyt daleko idące interpretacje – mówi prof. dr hab. Ryszard Panfil, rektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Coachingu.
Kolejnym ważnym obszarem są regulacje dotyczące funkcjonowania związków sportowych. Tuż po olimpiadzie w Pekinie głośno mówiło się o potrzebie wprowadzenia kadencyjności w związkowych władzach, by zapobiec patologicznej sytuacji, jaka miała miejsce m.in. w Polskim Związku Szermierczym czy Polskim Związku Kolarskim, gdzie krytykowane przez środowisko sportowe osoby od kilkunastu lat zajmowały kierownicze stanowiska. Projekt nowej ustawy przewiduje 4-letnią kadencyjność, przy czym dana osoba „funkcję prezesa związku może pełnić nie dłużej niż przez 2 następujące po sobie kadencje”. Ponadto w ustawie znalazł się zapis o maksymalnej liczbie członków zarządu (12). Także te regulacje budzą wiele zastrzeżeń w sportowym środowisku. – Problem funkcjonowania prezesów w niektórych związkach przez wiele lat sprowadza się do tego, że nikt ich nie potrafił rozliczyć za realizowany program. Nowa ustawa, narzucająca kadencyjność władz związkowych, być może załatwi problem w 2-3 związkach, gdzie uda się odsunąć od władzy kontrowersyjnych prezesów, ale położy na łopatki 30 innych związków działających w oparciu o mechanizmy społeczne, bo nagle zabraknie ludzi do zarządu. Będą rządzić przez 4 lata, potem przez kolejne 4, ale w pewnym momencie np. w Polskim Związku Gimnastyki nie będzie kogo wziąć do zarządu, bo skończą się społeczni działacze. To kolejny przykład pokazujący, że sport nie jest jednolity. Inne problemy mają dyscypliny popularne, a inne niszowe. I dlatego dla nich regulacje prawne też powinny być różne – wyjaśnia prof. Panfil. Najwięcej emocji budzi jednak zapis związany z ministerialnym nadzorem sprawowanym nad związkami, wg którego „minister będzie mógł żądać udostępnienia wszelkich dokumentów oraz pisemnych wyjaśnień
dotyczących działalności polskiego związku sportowego, a nie jak dotychczas wyłącznie żądać dostarczenia przez władze polskiego związku sportowego, w wyznaczonym terminie, odpisów uchwał zebrania członków lub delegatów”. W zamyśle ten zapis ma sprawić, że działania związków będą bardziej transparentne. Ale i to budzi pewne wątpliwości. – Moim zdaniem PZPN nie dopuści do przyjęcia tej ustawy. Polski Związek Piłki Nożnej nie ma transparentności, powołując się na swoje wewnętrzne regulaminy. Poza tym ma możne lobby w postaci UEFA i FIFA – twierdzi Andrzej Padewski, prezes Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej. Podobnego zdania jest prof. Panfil. – Na dziś, wg mnie, w tej ustawie chodzi przede wszystkim o to, by położyć rękę na PZPN, ale przy okazji wyleje się z kąpielą dużo innych związków, funkcjonujących w oparciu o inne mechanizmy – mówi. – Ta ustawa nie przełoży się na lepsze funkcjonowanie związków. Jeśli chodzi o ich transparentność w sensie formalno-prawnym, to wszystkie one funkcjonują tak, jak należy. A minister sportu przez swoich kontrolerów administracyjnych może sprawdzić, czy procedury zostały zachowane, czy zgadzają się rachunki i dokumentacja – dodaje.
Czy zatem w związku z licznymi kontrowersjami ustawa ma szansę zmienić coś na lepsze w polskim sporcie? – Jest to kolejny krok naprzód. Ale ze względu na uwarunkowania społeczno-polityczne, ta ustawa albo zmieni trochę, albo nic. Ludzie, którzy ją przygotowywali, podjęli decyzję, że lepiej zrobić mały krok naprzód i uporządkować pewne rzeczy, niż zaproponować rewolucyjna ustawę, której sejm nie przyjmie lub nie zostanie zaakceptowana społecznie. Ustawę oceniam pozytywnie, ale jestem przekonany, że to nie jest ostatnia ustawa dotycząca sportu. Sytuacja sportu jest tak dynamiczna, że za chwilę będzie wymuszała wprowadzenie nowych rozwiązań – kończy prof. Panfil.

Czas rozliczeń, czas zmian?

Porażka w ćwierćfinale z beniaminkiem z Sopotu to dla Turowa kompromitacja. Ale nie jedyna – cały kończący się sezon to dla zgorzelczan pasmo niepowodzeń, przede wszystkim sportowych, a te miały związek z organizacyjnymi. Bo za takie uważam szereg nietrafionych decyzji personalnych oraz brak jasnej polityki informacyjnej klubu. Chybione transfery, ciągłe zmiany kadrowe, zmiana trenera i wiążące się z tym słabe wyniki sportowe to jedna strona medalu. I strzał w dziesiątkę, jakim było sprowadzenie znakomitego środkowego Michaela Wrighta, nie może tego przysłonić, bo transferowy bilans w ogólnym rozrachunku jest na dużym minusie. Druga strona to zaniedbania wizerunkowe. Przez trzy poprzednie lata klub ze Zgorzelca zbudował sobie opinię profesjonalnego, wypłacalnego i bardzo dobrze zorganizowanego (duża w tym zasługa byłych prezesów, m.in. Arkadiusza Krygiera oraz Piotra Waśniewskiego i ich profesjonalizmu). Ale w tym sezonie ten wizerunek został mocno nadszarpnięty. Zaczęło się od kłótni zawodników z trenerem podczas meczu. Później wszystkich zszokowała informacja o zwolnieniu jednego z filarów Turowa – Roberta Witki, za udzielenie niepochlebnego wywiadu (przyznał, m.in. że Turów nie ma atutów w starciu z Polpharmą). Do tego doszło wyproszenie z hali kibiców, którzy za pośrednictwem transparentu („Cały zarząd do wymiany, więcej z wami nie ugramy”) wyrazili dezaprobatę dla działań osób rządzących klubem. Mało tego, niemal każdy brud był prany publicznie. Do prasy wyciekła m.in. informacja o braku wotum zaufania dla trenera Urlepa, jakie wyrazili koszykarze w głosowaniu podczas jednego z treningów. Te zdarzenia przez pracowników klubu komentowane były zazwyczaj nieudolnie i zbyt późno, pogłębiając w ten sposób wrażenie chaosu komunikacyjnego oraz braku jasnej polityki informacyjnej. A na tym cierpiał wizerunek klubu i jego sponsorów. I cierpi nadal, bo w ostatnich dniach były już koszykarz spod znaku Tura Justin Gray za pośrednictwem jednego z portali internetowych poinformował, że ma trudności z odzyskaniem należnych mu pieniędzy. Nawet jeśli to tylko nieporozumienie, to kładzie się cieniem na klubie. Budowanie pozytywnego wizerunku trwa latami, ale zniszczyć go można bardzo szybko.
Skoro sezon dla zgorzelczan się zakończył, to nastał czas podsumowań, a te nie są dla Turowa korzystne. Pytanie, czy ludzie odpowiadający za błędy, których w klubie popełniono sporo, zostaną rozliczeni? Jeśli nie, to boję się, że w kolejnym sezonie czeka nas powtórka z rozrywki…

czwartek, 28 stycznia 2010

Brawo dla szachistów!


Pamiętacie, jak ma być finansowany piłkarski Śląsk? Za rok-dwa na Maślicach powstanie galeria handlowa, z której zyski będą trafiały do budżetu piłkarskiego klubu, który już wówczas ma się bić o mistrzostwo Polski i europejskie puchary. Ale to za wspomniane 2-3 lata. Tymczasem okazuje się, że podobny model finansowania klubu już we Wrocławiu funkcjonuje. Mowa o… Klubie Szachowym Polonia Wrocław. W świecie biznesu nie brak entuzjastów królewskiej gry, którzy kilka lat temu postanowili stworzyć we Wrocławiu najsilniejszy klub szachowy w Polsce. I zrobili to. Sami. Dziś Polonia Wrocław to organizacyjny wzór dla innych klubów szachowych. Działa jak małe przedsiębiorstwo, m.in. podpisując profesjonale kontrakty z szachistami, na których rozwój bardzo mocno stawia. Dlatego z niedawnych seniorskich mistrzostw Polski zawodnicy Polonii przywieźli aż trzy medale: złoto Mateusza Bartela (na zdjęciu), srebro Iwety Rajlich i brąz Joli Zawadzkiej. Ale w klubie stawiają też na młodzież – trenuje tu kilkaset (!) szachowych adeptów. Władze klubu w ramach Wrocławskiego Festiwalu Szachowego na przełomie czerwca i lipca każdego roku organizują Turniej Polonii – największy i najsilniej obsadzony turniej w Polsce, w którym w tym roku zagra ok. 1000 szachistów. Na ich potrzeby wynajmowana jest… hala tenisowa, bo tylko tam mogą się wszyscy pomieścić!
Ale wracając do modelu finansowania, klub w części swej nowej siedziby niedaleko wrocławskiego Rynku (ul. Wita Stwosza) otworzył restaurację. Dochody z niej będą przeznaczone na działalność Polonii. Wydawałoby się, że tak mało „telewizyjny” sport jak szachy, w latach kryzysu gospodarczego nie ma szans na rozwój. A jednak – wrocławscy pasjonaci tej dyscypliny potrafią wiele!

piątek, 22 stycznia 2010

To idzie młodość


W niedzielę o godz. 18 w Hali Stulecia reprezentacja Polski koszykarzy prowadzona przez tymczasowego trenera Radosława Czerniaka (pełni obowiązki trenera do czasu wyłonienia nowego szkoleniowca) zmierzy się z gwiazdami PLK, prowadzonymi przez Tomasa Pacesasa. Czerniak powołał ciekawą kadrę – postawił na wielu graczy młodych, którym brak doświadczenia reprezentacyjnego lub jest ono niewielkie. Ciekawie będzie zobaczyć, jak w kadrze poradzą sobie m.in. Tomasz Śnieg, Dardan Berisha (Polonia 2011 Warszawa), Adam Łapeta, Adam Hrycaniuk (Asseco Prokom Gdynia), Adam Waczyński (PBG Basket Poznań), Paweł Leończyk (Energa Czarni Słupsk), Michał Chyliński (PGE Turów Zgorzelec – na zdjęciu) czy Damian Kulig (Polpharma Starogard Gdański). Co na ten tema mówi trener Czerniak? – Moim zdaniem już teraz, w najbliższych eliminacjach do ME, musimy ogrywać nowych, młodych zawodników, by za 2-3 lata oni przejęli stery w kadrze. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Reprezentacja to nie jest skostniały układ tych samych twarzy przez 10 lat. Bo potem okaże się że nie ma następców. Dlatego warto w niedzielę obejrzeć mecz gwiazd polskiej koszykówki – w kadrze zagrają młodzi Polacy, którzy na co dzień grają w PLK i którzy chcą się pokazać.

czwartek, 21 stycznia 2010

Czy Karl Malone przyleci do Polski?


Już w poniedziałek do Wrocławia przez Frankfurt przyleciała amerykańska koszykarka Cheryl Ford, jedna z najlepszych środkowych na świecie, która wzmocniła CCC Polkowice. Choć samolot wylądował planowo, to nie obyło się bez niespodzianek. Jedną z nich była… ewakuacja lotniska, prawdopodobnie z powodu pozostawionego bez opieki bagażu. Rozmawialiśmy z sympatyczną zawodniczką, która – wbrew pozorom – dość dużo wiedziała na temat polskiej ligi i jej nowego zespołu. W USA na jej meczach w lidze WNBA bywał jej ojciec, Karl Malone – były gwiazdor NBA. Czy jest szansa, że zawita także do Polkowic, by kibicować córce? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w poniedziałkowym „Słowie Sportowym”, w którym także więcej o kulisach transferu Ford do CCC i jej znajomości z innymi koszykarkami, które występują w Polsce.

czwartek, 14 stycznia 2010

Pożegnanie z pucharami, powitanie z Cheryl Ford


Tym razem nie będzie o koszykarzach ze Zgorzelca, którzy odpadli z PE, ale o koszykarkach CCC Polkowice, które podzieliły ich los. Wyszły z grupy, ale później już w fazie pucharowej na ich drodze stanął turecki Botas Spor i okazał się zaporą nie do przejścia. Pierwszy mecz na wyjeździe podopieczne Krzysztofa Koziorowicza przegrały różnicą aż 24 punktów i takiej straty w rewanżu nie udało się odrobić. Choć po pierwszej połowie meczu rewanżowego, gdy nasze panie prowadziły różnicą 14 oczek (a wcześniej było już nawet 17 punktów przewagi) byłem przekonany, że będziemy światkami emocji do ostatnich minut. Niestety, było inaczej – po przerwie Turczynki napędzane przez bardzo szybką amerykańską rozgrywającą Sharnee Zoll odrobiły strat i do końca mecz był już wyrównany. Drużynie CCC została na osłodę i pożegnanie z europejską rywalizacją wygrana 69:64. – Ten dwumecz przegraliśmy w czwartej kwarcie pierwszego spotkania. Przegraliśmy w Turcji zbyt wysoko, by w rewanżu odrobić straty – przyznał po meczu Krzysztof Koziorowicz, trener CCC. Dodał też, że rywalki miały olbrzymi atut po stronie klasycznej środkowej Courtney Lynne Paris (na zdjęciu powyżej), która zdominowała strefę podkoszową, zdobyła 23 punkty i miała aż 14 zbiórek. W polkowickim zespole takiej zawodniczki brakowało, ale w ciągu kilku dni to się zmieni. Jeszcze w tym tygodniu na Dolny Śląsk zawita Cheryl Ford (191 cm), jedna z najlepszych amerykańskich centerek, prywatnie córka byłego gwiazdora NBA Karla Malone’a. Nie ma wątpliwości, że jak na warunki polskiej ligi to niekwestionowana gwiazda. – Z nią w składzie będziemy dużo silniejsi – przyznaje trener Koziorowicz.
Po dojściu Ford prawdopodobnie na pozycję silnej skrzydłowej przesunięta zostanie Amisha Carter i ta para podkoszowych będzie najsilniejsza w PLKK! Jeśli, odpukać, nie przydarzą się żadne kontuzje, choroby czy inne przykre zdarzenia losowe, to w takim zestawieniu CCC ma szansę na historyczny wynik – do tej pory największym sukcesem polkowickiej koszykówki jest brązowy medal. Z Ford w składzie realny będzie finał play-off. A może coś więcej?