środa, 28 października 2009

Diduszko i rekord sezonu


34 punkty (8/10 za 2, 5/5 za 3, 3/5 za 1), 4 zbiórki, 2 asysty, przechwyt i żadnej straty. Nie, to nie są statystyki żadnego gracza NBA. To statystyki 22-letniego rzucającego Kotwicy Kołobrzeg Bartosza Diduszki z meczu z Polonią Warszawa (przegranego po dogrywce 89:91). To też rekord punktowy obecnego sezonu w PLK. Bartka Diduszkę pamiętam doskonale z czasów, gdy występował w Śląsku Wrocław. Zdarzało mi się czasem chodzić do hali przy ul. Mieszczańskiej przed lub po treningu koszykarzy Andreja Urlepa, by przeprowadzić wywiad z jednym z koszykarzy, bądź zebrać wypowiedzi zawodników do jakiegoś tekstu i mam w pamięci taki częsty obrazek: Bartosz Diduszko albo przychodził wcześniej, albo zostawał po treningu i uparcie trenował rzuty do kosza. Bywały mecze, w których grywał w ekstraklasie tylko kilka minut albo i wcale. Wtedy grał też w II lidze, w zespole rezerw Śląska. Pamiętam, jak po jednym z meczów II ligi (chyba po spotkaniu z nieistniejącym już Dozorbudem Legnica) mówił, że woli zagrać cały mecz w rezerwach, niż 3 minuty w ekstraklasie. Jak widać ciężka praca się opłaciła. Teraz w wieku 22 lat Bartek jest jednym z liderów Kotwicy i z pewnością jednym z najbardziej obiecujących młodych zawodników w ekstraklasie. I trzymam kciuki, żeby się dalej rozwijał!
A swoją drogą, to Kotwica ma naprawdę fajny zespół, w którym wreszcie ktoś postawił na zdolnych Polaków – oprócz Diduszki są jeszcze: Łukasz Wichniarz, Harris Danesi, Piotr Stelmach, Szymon Rduch, Dawid Bręk… Mam nadzieję, że się utrzymają!

piątek, 16 października 2009

Kevin Garnett kibicuje Chelsea Londyn


Podczas wizyty w Londynie nie tylko zobaczyliśmy mecz NBA, ale też obejrzeliśmy stadion i muzeum Chelsea Londyn (nie żebyśmy byli szczególnymi fanami The Blues, ale była okazja, więc skorzystaliśmy). Zresztą na okoliczność tej wizyty popełniliśmy kolejny gazetowy tekst, który ukaże się już wkrótce w „Słowie Sportowym”. Tymczasem ciekawostka – okazuje się, że zagorzałym kibicem Chelsea Londyn jest Kevin Garnett. Tak, tak, jeden z najlepszych koszykarzy NBA kibicuje The Blues, od czasu do czasu pojawia się nawet w Londynie na meczach Didiera Drogby i spółki. Specjalnie na zamówienie wykonał sobie nawet koszykarskie buty z w kolorze niebieskim z logo Chelsea, zagrał w nich kilka spotkań w NBA, po czym złożył na nich swój autograf i przekazał je do muzeum Chelsea, gdzie spoczywają w szklanej gablocie na honorowym miejscu. Ciekawe, prawda?

czwartek, 15 października 2009

Liga NBA gościła w Europie



Przydarzyła mi się dość długa nieobecność, stąd i blog czasowo zamarł. Najpierw były wakacje, potem wyjazd towarzysko-hobbystyczny (o nim więcej poniżej), a na końcu jeszcze grypa. No ale dziś wróciłem do żywych, choć kaszel jeszcze trochę męczy. Ale postaram się teraz już częściej aktualizować bloga.

Na początek coś więcej o wyjeździe towarzysko-hobbystycznym, planowanym już kilka miesięcy wcześniej. Otóż wraz z redakcyjnym kolegą, red. Olkiem Łosiem, odwiedziliśmy znajomych w Londynie (pozdrowienia dla Asi i Jawora – dzięki za wszystko!), a przy okazji wspólnie obejrzeliśmy na żywo mecz NBA Chicago Bulls – Utah Jazz. Mimo, że to było tylko spotkanie przedsezonowe, to zespoły przyjechały w pełnych składach, była walka, buzzer-beater, prawie pełna hala O2 Arena (może pomieścić 23 tysiące widzów!), i cała naprawdę niesamowita otoczka wielkiego show! Konkursy koszykarskie i taneczne dla widzów, wyścig maskotek, Chinka jeżdżąca na jednokołowym rowerze i wrzucająca sobie kilka miseczek na zupę z nogi na głowę bez pomocy rąk (naprawdę ;) Była też słynna ciężarówka promująca NBA – „Jam Van” i zespoły cheerleaders. Było PIWO sprzedawane w hali i specjalne uchwyty ma kubek przy siedzeniach, takie jak w kinie (przyznaję, to nas zachwyciło ;). Jedyne, co nam się nie spodobało – aparat fotograficzny musiałem zostawić w depozycie, bo panowie z ochrony twierdzili, że jest to sprzęt zbyt profesjonalny i mogę zrobić nim zdjęcie, które potem sprzedam do gazety, naruszając tym samym prawo do wizerunku NBA. Chyba nie muszę dodawać, że ten profesjonalny aparat, to zwykła cyfrówka, warta może ze 400 zł ;) no, ale kiedy mnie kazali iść do depozytu, kolega przemycił inną, jeszcze mniejszą cyfrówkę i dzięki temu mamy pamiątkowe zdjęcie (dzięki Tomku!).

Po powrocie wraz z kolegą redaktorem popełniliśmy gazetowy tekst następującej treści:

„NBA Europe Live Tour” – pod takim hasłem liga NBA promuje koszykówkę na Starym Kontynencie. Rokrocznie na początku października wybrane zespoły ligi zawodowej rozgrywają pokazowe mecze w europejskich stolicach. W tym roku padło na Londyn i Madryt. Postanowiliśmy wyruszyć nad Tamizę, aby sprawdzić jak wygląda wielkie widowisko w amerykańskim wykonaniu.

W ramach przygotowań do rozgrywek zasadniczych, które ruszają w NBA w ostatnim tygodniu października oraz chęci propagowania wielkiego basketu w Europie, wybrane drużyny ligi zawodowej odwiedzają na początku października każdego roku europejskie stolice, aby rozegrać pokazowe spotkania pod hasłem „NBA Europe Live Tour”. W bieżącym roku padło na Londyn, gdzie w miniony wtorek spotkały się Utah Jazz i Chicago Bulls oraz Madryt, gdzie tamtejszy Real podejmował w czwartek popularnych „Jazzmanów”. Poruszeni EuroBasketem, który rozbudził w nas żądzę wielkiej koszykówki, udaliśmy się do stolicy Anglii, aby podziwiać w grze zespoły, które w latach 1997-98 toczyły pamiętne boje o mistrzostwo USA, w których role główne odgrywali Michael Jordan i Karl Malone.
Wtorkowe spotkanie rozegrane zostało w potężnym obiekcie O2 Arena, który może pomieścić nawet 23 tysiące fanów! Już w poniedziałek kibice mieli okazję spotkać niektóre gwiazdy „Byków” w sklepach sportowych. Natomiast dwie godziny przed rozpoczęciem meczu przed halą ustawiona została potężna ciężarówka „Jam Van”, w której fani koszykówki mogli robić pamiątkowe zdjęcia z byłymi koszykarzami NBA, którzy także odwiedzili Londyn. W samej hali, poza koszulkami i folderami opisującymi składy zarówno Utah jak i Chicago, na kibiców czekało wiele atrakcji. Krótko mówiąc, NBA poważnie potraktowała swoje europejskie wojaże i przywiozła ze sobą całą wspaniałą otoczkę, która towarzyszy meczom za oceanem. Obie drużyny pojawiły się w najsilniejszych składach, przyjechały także grupy taneczne obu zespołów oraz spiker i klubowe maskotki, które umilały kibicom czas podczas trwania spotkania. Mecz rozgrywany systemem 4 kwart po 12 min, rozpoczął się efektownym przedstawieniem pierwszych piątek przy zgaszonych światłach. Na potężnych telebimach, zawieszonych pod dachem hali, można było podziwiać krótkie filmiki prezentujące oba zespoły. I tak w przypadku Chicago Bulls stado byków przebiegło po ulicach miasta, staranowało autokar ekipy Utah Jazz, a swój bieg zakończyło w hali, w której miało dojść do koszykarskiego pojedynku. Podczas każdej z przerw w grze organizatorzy mieli w zanadrzu następne atrakcje. Co rusz wyłapywali oryginalnych fanów na trybunach i eksponowali ich wizerunki na telebimach. Na parkiecie każda przerwa wypełniana była przez profesjonalne grupy taneczne oraz konkursy dla kibiców, którzy mogli się pojedynkować w umiejętnościach koszykarskich bądź tanecznych. Zwycięzców w tym drugim plebiscycie wybierali sami fani zasiadający na trybunach, którzy głosowali poprzez oklaski i okrzyki. Zawodnik, którego taniec najbardziej entuzjastycznie został nagrodzony, otrzymywał upominki. Podczas jednej z przerw mogliśmy podziwiać wyścig klubowych maskotek: Benny’ego – byka z Chicago oraz Bear’a – niedźwiedzia z Utah. Znakomita atmosfera udzielała się wszystkim kibicom, którzy niejednokrotnie poruszali się w rytm meksykańskiej fali. Spektakl trwał niespełna trzy godziny, a sam mecz był tylko jednym z jego licznych elementów. Wspaniała oprawa, biegające po hali klubowe maskotki i popisy taneczne, stanowiły znakomite uzupełnienie koszykarskiego widowiska. Tego w rodzimej koszykówce doświadczyć, niestety, nie możemy. NBA, przyjeżdżając do Europy, miejsca, w którym basket jest niezwykle popularnym i stale rozwijającym się sportem, daje przykład, w jaki sposób można widowisko urozmaicić i tym samym zachęcić kibiców do przyjścia na trybuny. Hala O2, która w żaden sposób nie ustępuje amerykańskim arenom, wypełniona była niemal po brzegi. Ceny biletów zaczynały się od 35 euro, ale chyba żaden uczestnik wtorkowego spotkania nie żałował wydanych pieniędzy.
Sam mecz miał niezwykle zacięty przebieg. Koszykarze obu ekip co rusz popisywali się efektownymi rzutami, dynamicznymi akcjami i energicznymi wsadami, które fetowane były głośnymi oklaskami. Większość zasiadających na trybunach kibiców trzymało kciuki za Chicago. Wszystko za sprawą Luola Denga, koszykarza Bulls, który wychowywał się w Londynie. Deng nie zawiódł swoich fanów. W całym spotkaniu zdobył 18 punktów (8/12 z gry). Zanotował ponadto 5 asyst, 2 zbiórki i 2 bloki, mimo że na parkiecie przebywał ledwie 25 minut. Ukoronowaniem cudownego i pełnego wrażeń widowiska było zakończenie spotkania, które na swoją korzyść rzutem w ostatniej sekundzie czwartej kwarty rozstrzygnęli gracze Bulls! Autorem zwycięskiego rzutu był James Johnson, 22-letni debiutant. Johnson w całym spotkaniu, podobnie jak Deng, zdobył aż 18 oczek. Ostatecznie Chicago pokonało Utah 102:101. To spotkanie, jego wzorcowa, profesjonalna organizacja i cała otoczka w formie wielkiego show, pokazały nam, jak wiele jeszcze europejska koszykówka (a polska w szczególności) musi się uczyć, by dorównać spektaklom organizowanym za oceanem. Teraz też rozumiemy doskonale hasło promujące NBA – tam naprawdę dzieją się rzeczy nieprawdopodobne!