piątek, 20 listopada 2009

Robert Witka a rzuty za 3 punkty


Nie od dziś wiadomo, że najmocniejszą bronią silnego skrzydłowego PGE Turowa Zgorzelec – Roberta Witki – są rzuty za trzy punkty. Jak na gracza podkoszowego Witka bardzo często wychodzi na obwód, skąd jest skuteczny aż do bólu. Naocznie po raz kolejny przekonałem się o tym (a doświadczyli tego przede wszystkim koszykarze Polpharmy Starogard Gdański) w środę w Zgorzelcu. Odpuszczanie przez obrońców Witki stojącego z piłką za linią 6,25 m, to koszykarskie samobójstwo.
W środę szczególnie w pierwszej połowie, Turowowi nie szło, przegrywał kilkoma punktami z Polpharmą, ale Witka miał swój dzień konia. W drugiej kwarcie (tak, tak, w ciągu zaledwie 10 minut), pięć razy z rzędu trafił za trzy punkty! W sumie w pierwszej połowie meczu zdobył 20 oczek (w tym 6/7 za 3). To nic, że w drugiej połowie pan Robert punktów już nie zdobył. Później punktowali inni. Ale jego trafienia w pierwszej części meczu sprawiły, że Polpharma, która mogła do przerwy prowadzić w Zgorzelcu różnicą nawet kilkunastu punktów… przegrywała 42:46.
Ręki do rzutów z dystansu Witce pozazdrościć mogą klubowi koledzy, którzy występują na pozycjach obwodowych. Szczególnie dotyczy to niskich skrzydłowych: Krzysztofa Roszyka i Konrada Wysockiego, którzy – delikatnie mówiąc – z dystansu rzucają przeciętnie. Ten ostatni, Niemiec urodzony w Rzeszowie, w meczu z Polpharmą po raz pierwszy do protokołu wpisany został jako Polak (ma już potwierdzone obywatelstwo).

wtorek, 10 listopada 2009

Paweł Rańda – wzór sportowca


Tym razem nie będzie o koszykówce, a o… wioślarstwie. Niedawno miałem przyjemność rozmawiać z Pawłem Rańdą, naszym srebrnym medalistą olimpijskim z Pekinu. Powiedział wiele mądrych i ciekawych rzeczy, m.in. o złym systemie finansowania polskiego sportu czy niedocenianiu medalistów olimpijskich przez władze miast. Paweł jest bardzo otwartym człowiekiem, który chętnie opowiada o swojej przygodzie ze sportem, dlatego odwiedza szkoły, gdzie spotyka się z młodzieżą i uważa to za swój obowiązek. Zszokował mnie jednak, gdy powiedział, że nauczyciele w szkołach są zaskoczeni, że on robi to za darmo, bo inni sportowcy, którzy wcześniej odwiedzali te szkoły, po spotkaniu przedstawiali… swój cennik! Na takie zachowania nie może być społecznego przyzwolenia!
Cały wywiad z Pawłem Rańdą znajdziecie w „Słowie Sportowym”. Tu macie kilka ciekawych cytatów z wypowiedzi Pawła, z którymi warto się zapoznać:

- W szkołach jest błędne myślenie, że taki sportowiec jak ja, przychodzi na spotkanie z dziećmi za kasę. I, niestety, wielu sportowców, nawet z Wrocławia, tak robi. Nie wyobrażam sobie, żebym miał wziąć pieniądze za to, że przychodzę do szkoły!

- Mój medal olimpijski został zlicytowany na aukcji charytatywnej. Nie zależało mi na tym, żeby się tym chwalić, bo ja pomagam innym z potrzeby serca, a nie dla rozgłosu.

- Młodzież chłonie złe wzory jak gąbka. Każdy wie kto to jest Piotr Kupicha, Doda czy Michał Wiśniewski. Chciałbym, żeby ludzie wiedzieli kto to jest Tomek Motyka, Szymon Kołecki, Piotrek Małachowski, Agnieszka Wieszczek czy Paweł Rańda.

- Zachęcam wszystkich, żeby zapisali się do banku dawców szpiku. To jest jedno ukłucie igły i już; nic strasznego. Potem się czeka. Można nawet nigdy nie zostać dawcą, ale można też uratować komuś życie. A nie ma na świcie nic cenniejszego.

środa, 28 października 2009

Diduszko i rekord sezonu


34 punkty (8/10 za 2, 5/5 za 3, 3/5 za 1), 4 zbiórki, 2 asysty, przechwyt i żadnej straty. Nie, to nie są statystyki żadnego gracza NBA. To statystyki 22-letniego rzucającego Kotwicy Kołobrzeg Bartosza Diduszki z meczu z Polonią Warszawa (przegranego po dogrywce 89:91). To też rekord punktowy obecnego sezonu w PLK. Bartka Diduszkę pamiętam doskonale z czasów, gdy występował w Śląsku Wrocław. Zdarzało mi się czasem chodzić do hali przy ul. Mieszczańskiej przed lub po treningu koszykarzy Andreja Urlepa, by przeprowadzić wywiad z jednym z koszykarzy, bądź zebrać wypowiedzi zawodników do jakiegoś tekstu i mam w pamięci taki częsty obrazek: Bartosz Diduszko albo przychodził wcześniej, albo zostawał po treningu i uparcie trenował rzuty do kosza. Bywały mecze, w których grywał w ekstraklasie tylko kilka minut albo i wcale. Wtedy grał też w II lidze, w zespole rezerw Śląska. Pamiętam, jak po jednym z meczów II ligi (chyba po spotkaniu z nieistniejącym już Dozorbudem Legnica) mówił, że woli zagrać cały mecz w rezerwach, niż 3 minuty w ekstraklasie. Jak widać ciężka praca się opłaciła. Teraz w wieku 22 lat Bartek jest jednym z liderów Kotwicy i z pewnością jednym z najbardziej obiecujących młodych zawodników w ekstraklasie. I trzymam kciuki, żeby się dalej rozwijał!
A swoją drogą, to Kotwica ma naprawdę fajny zespół, w którym wreszcie ktoś postawił na zdolnych Polaków – oprócz Diduszki są jeszcze: Łukasz Wichniarz, Harris Danesi, Piotr Stelmach, Szymon Rduch, Dawid Bręk… Mam nadzieję, że się utrzymają!

piątek, 16 października 2009

Kevin Garnett kibicuje Chelsea Londyn


Podczas wizyty w Londynie nie tylko zobaczyliśmy mecz NBA, ale też obejrzeliśmy stadion i muzeum Chelsea Londyn (nie żebyśmy byli szczególnymi fanami The Blues, ale była okazja, więc skorzystaliśmy). Zresztą na okoliczność tej wizyty popełniliśmy kolejny gazetowy tekst, który ukaże się już wkrótce w „Słowie Sportowym”. Tymczasem ciekawostka – okazuje się, że zagorzałym kibicem Chelsea Londyn jest Kevin Garnett. Tak, tak, jeden z najlepszych koszykarzy NBA kibicuje The Blues, od czasu do czasu pojawia się nawet w Londynie na meczach Didiera Drogby i spółki. Specjalnie na zamówienie wykonał sobie nawet koszykarskie buty z w kolorze niebieskim z logo Chelsea, zagrał w nich kilka spotkań w NBA, po czym złożył na nich swój autograf i przekazał je do muzeum Chelsea, gdzie spoczywają w szklanej gablocie na honorowym miejscu. Ciekawe, prawda?

czwartek, 15 października 2009

Liga NBA gościła w Europie



Przydarzyła mi się dość długa nieobecność, stąd i blog czasowo zamarł. Najpierw były wakacje, potem wyjazd towarzysko-hobbystyczny (o nim więcej poniżej), a na końcu jeszcze grypa. No ale dziś wróciłem do żywych, choć kaszel jeszcze trochę męczy. Ale postaram się teraz już częściej aktualizować bloga.

Na początek coś więcej o wyjeździe towarzysko-hobbystycznym, planowanym już kilka miesięcy wcześniej. Otóż wraz z redakcyjnym kolegą, red. Olkiem Łosiem, odwiedziliśmy znajomych w Londynie (pozdrowienia dla Asi i Jawora – dzięki za wszystko!), a przy okazji wspólnie obejrzeliśmy na żywo mecz NBA Chicago Bulls – Utah Jazz. Mimo, że to było tylko spotkanie przedsezonowe, to zespoły przyjechały w pełnych składach, była walka, buzzer-beater, prawie pełna hala O2 Arena (może pomieścić 23 tysiące widzów!), i cała naprawdę niesamowita otoczka wielkiego show! Konkursy koszykarskie i taneczne dla widzów, wyścig maskotek, Chinka jeżdżąca na jednokołowym rowerze i wrzucająca sobie kilka miseczek na zupę z nogi na głowę bez pomocy rąk (naprawdę ;) Była też słynna ciężarówka promująca NBA – „Jam Van” i zespoły cheerleaders. Było PIWO sprzedawane w hali i specjalne uchwyty ma kubek przy siedzeniach, takie jak w kinie (przyznaję, to nas zachwyciło ;). Jedyne, co nam się nie spodobało – aparat fotograficzny musiałem zostawić w depozycie, bo panowie z ochrony twierdzili, że jest to sprzęt zbyt profesjonalny i mogę zrobić nim zdjęcie, które potem sprzedam do gazety, naruszając tym samym prawo do wizerunku NBA. Chyba nie muszę dodawać, że ten profesjonalny aparat, to zwykła cyfrówka, warta może ze 400 zł ;) no, ale kiedy mnie kazali iść do depozytu, kolega przemycił inną, jeszcze mniejszą cyfrówkę i dzięki temu mamy pamiątkowe zdjęcie (dzięki Tomku!).

Po powrocie wraz z kolegą redaktorem popełniliśmy gazetowy tekst następującej treści:

„NBA Europe Live Tour” – pod takim hasłem liga NBA promuje koszykówkę na Starym Kontynencie. Rokrocznie na początku października wybrane zespoły ligi zawodowej rozgrywają pokazowe mecze w europejskich stolicach. W tym roku padło na Londyn i Madryt. Postanowiliśmy wyruszyć nad Tamizę, aby sprawdzić jak wygląda wielkie widowisko w amerykańskim wykonaniu.

W ramach przygotowań do rozgrywek zasadniczych, które ruszają w NBA w ostatnim tygodniu października oraz chęci propagowania wielkiego basketu w Europie, wybrane drużyny ligi zawodowej odwiedzają na początku października każdego roku europejskie stolice, aby rozegrać pokazowe spotkania pod hasłem „NBA Europe Live Tour”. W bieżącym roku padło na Londyn, gdzie w miniony wtorek spotkały się Utah Jazz i Chicago Bulls oraz Madryt, gdzie tamtejszy Real podejmował w czwartek popularnych „Jazzmanów”. Poruszeni EuroBasketem, który rozbudził w nas żądzę wielkiej koszykówki, udaliśmy się do stolicy Anglii, aby podziwiać w grze zespoły, które w latach 1997-98 toczyły pamiętne boje o mistrzostwo USA, w których role główne odgrywali Michael Jordan i Karl Malone.
Wtorkowe spotkanie rozegrane zostało w potężnym obiekcie O2 Arena, który może pomieścić nawet 23 tysiące fanów! Już w poniedziałek kibice mieli okazję spotkać niektóre gwiazdy „Byków” w sklepach sportowych. Natomiast dwie godziny przed rozpoczęciem meczu przed halą ustawiona została potężna ciężarówka „Jam Van”, w której fani koszykówki mogli robić pamiątkowe zdjęcia z byłymi koszykarzami NBA, którzy także odwiedzili Londyn. W samej hali, poza koszulkami i folderami opisującymi składy zarówno Utah jak i Chicago, na kibiców czekało wiele atrakcji. Krótko mówiąc, NBA poważnie potraktowała swoje europejskie wojaże i przywiozła ze sobą całą wspaniałą otoczkę, która towarzyszy meczom za oceanem. Obie drużyny pojawiły się w najsilniejszych składach, przyjechały także grupy taneczne obu zespołów oraz spiker i klubowe maskotki, które umilały kibicom czas podczas trwania spotkania. Mecz rozgrywany systemem 4 kwart po 12 min, rozpoczął się efektownym przedstawieniem pierwszych piątek przy zgaszonych światłach. Na potężnych telebimach, zawieszonych pod dachem hali, można było podziwiać krótkie filmiki prezentujące oba zespoły. I tak w przypadku Chicago Bulls stado byków przebiegło po ulicach miasta, staranowało autokar ekipy Utah Jazz, a swój bieg zakończyło w hali, w której miało dojść do koszykarskiego pojedynku. Podczas każdej z przerw w grze organizatorzy mieli w zanadrzu następne atrakcje. Co rusz wyłapywali oryginalnych fanów na trybunach i eksponowali ich wizerunki na telebimach. Na parkiecie każda przerwa wypełniana była przez profesjonalne grupy taneczne oraz konkursy dla kibiców, którzy mogli się pojedynkować w umiejętnościach koszykarskich bądź tanecznych. Zwycięzców w tym drugim plebiscycie wybierali sami fani zasiadający na trybunach, którzy głosowali poprzez oklaski i okrzyki. Zawodnik, którego taniec najbardziej entuzjastycznie został nagrodzony, otrzymywał upominki. Podczas jednej z przerw mogliśmy podziwiać wyścig klubowych maskotek: Benny’ego – byka z Chicago oraz Bear’a – niedźwiedzia z Utah. Znakomita atmosfera udzielała się wszystkim kibicom, którzy niejednokrotnie poruszali się w rytm meksykańskiej fali. Spektakl trwał niespełna trzy godziny, a sam mecz był tylko jednym z jego licznych elementów. Wspaniała oprawa, biegające po hali klubowe maskotki i popisy taneczne, stanowiły znakomite uzupełnienie koszykarskiego widowiska. Tego w rodzimej koszykówce doświadczyć, niestety, nie możemy. NBA, przyjeżdżając do Europy, miejsca, w którym basket jest niezwykle popularnym i stale rozwijającym się sportem, daje przykład, w jaki sposób można widowisko urozmaicić i tym samym zachęcić kibiców do przyjścia na trybuny. Hala O2, która w żaden sposób nie ustępuje amerykańskim arenom, wypełniona była niemal po brzegi. Ceny biletów zaczynały się od 35 euro, ale chyba żaden uczestnik wtorkowego spotkania nie żałował wydanych pieniędzy.
Sam mecz miał niezwykle zacięty przebieg. Koszykarze obu ekip co rusz popisywali się efektownymi rzutami, dynamicznymi akcjami i energicznymi wsadami, które fetowane były głośnymi oklaskami. Większość zasiadających na trybunach kibiców trzymało kciuki za Chicago. Wszystko za sprawą Luola Denga, koszykarza Bulls, który wychowywał się w Londynie. Deng nie zawiódł swoich fanów. W całym spotkaniu zdobył 18 punktów (8/12 z gry). Zanotował ponadto 5 asyst, 2 zbiórki i 2 bloki, mimo że na parkiecie przebywał ledwie 25 minut. Ukoronowaniem cudownego i pełnego wrażeń widowiska było zakończenie spotkania, które na swoją korzyść rzutem w ostatniej sekundzie czwartej kwarty rozstrzygnęli gracze Bulls! Autorem zwycięskiego rzutu był James Johnson, 22-letni debiutant. Johnson w całym spotkaniu, podobnie jak Deng, zdobył aż 18 oczek. Ostatecznie Chicago pokonało Utah 102:101. To spotkanie, jego wzorcowa, profesjonalna organizacja i cała otoczka w formie wielkiego show, pokazały nam, jak wiele jeszcze europejska koszykówka (a polska w szczególności) musi się uczyć, by dorównać spektaklom organizowanym za oceanem. Teraz też rozumiemy doskonale hasło promujące NBA – tam naprawdę dzieją się rzeczy nieprawdopodobne!

środa, 23 września 2009

Best of the best czyli wspomnień czar

Napisano już mnóstwo rożnych podsumowań EuroBasketu w Polsce. My postanowiliśmy podsumować taneczną cześć turnieju, bo oglądając galerie z meczów we Wrocławiu, Łodzi i Katowicach, przypomnieliśmy sobie o zespole Red Foxes, który wśród kibiców wywoływał nie mniejszy aplauz niż wsady Marcina Gortata czy zagrania MVP turnieju Pau Gasola. Zatem przeżyjmy to jeszcze raz…











poniedziałek, 21 września 2009

Hiszpanie popsuli zabawę


Tytuł tej notki, to oczywiście żart, bo Hiszpania w najważniejszych meczach polskiego EuroBasketu grała koszykówkę na niesamowicie wysokim poziomie, a oglądanie jej w akcji to wielka przyjemność. Ta drużyna w najwyższej formie jest w tej chwili lepsza o klasę od wszystkich pozostałych europejskich zespołów i powinna rywalizować przede wszystkim z reprezentacją USA – oto przeciwnik na ich poziomie. Potwierdził to katowicki finał, który był jednostronny – Gasol i spółka szybko uzyskali ok. 20 punktów przewagi i niespecjalnie forsując tempo skupili się na jej utrzymaniu oraz na zagraniach „pod publikę”. Mimo to Serbowie na ich tle wyglądali – jak słusznie ujął to trener Arkadiusz Koniecki – jak juniorzy grający przeciwko seniorom. No i Pau Gasol… jego gra nie wymaga żadnego komentarza. Na boisku potrafi wszystko, porusza się z wielką gracją i na ten medal po prostu – jak cała hiszpańska drużyna zasłużył, podobnie jak na statuetkę MVP.

Ale, w nawiązaniu do tytułu notki, prawdziwa zabawa to był mecz półfinałowy Serbia – Słowenia. Niesamowita dramaturgia, Słoweńcy, którzy już byli w ogródku i witali się z gąską (finałem)… Gdy na 1,5 min przed końcem Goran Jagodnik trafił z niesamowitej pozycji w końcówce akcji za 3 punkty, wydawało się, że Słowenia pewnie dowiezie to prowadzenie (78:72) do końcowej syreny. Ale Serbowie, którzy przez cały mecz gonili, w końcu dopięli swego. Niesamowicie spisywał się niespełna 22-letni rozgrywający Milos Teodosić (32 pkt!), który kierował poczynaniami kolegów, ale w najważniejszych momentach nie bał się rzucać do kosza i trafiał. Redakcyjny kolega już w połowie trzeciej kwarty „wykrakał” dogrywkę, a w niej Serbowie zadali decydujące ciosy. Choć kibicowałem Serbom (bo mimo że przegrywali już nawet kilkunastoma punktami, to przez cały mecz ambitnie gonili rywali), to żal mi było Słoweńców i trenera Jure Zdovca. A szczególnie żal tych kibiców, których w Spodku było ponad 2 tysiące, zrobili fantastyczna atmosferę, dopingowali na stojąco (kiedy zaczęli podskakiwać, to mimo, ze siedziałem niemal po drugiej stornie hali, cały mój sektor się trząsł), a po meczu widziałem jak mieli łzy w oczach.
Obszerne podsumowanie EuroBasketu napisałem już w Słowie Sportowym, ale na blogu pojawi się jeszcze trochę fotek.

środa, 16 września 2009

Polska – Hiszpania na żywo z Łodzi


Koniec meczu: Polska – Hiszpania 68:90

Niestety, sensacji nie było, nie było też super meczu Polaków. Wręcz przeciwnie – po słabym spotkaniu (szczególnie w obronie) ulegliśmy mistrzom świata 68:90 i żegnamy się z EuroBasketem. Brawo za walkę, szkoda straconej szansy na awans do ćwierćfinałów i walkę o kwalifikacje na przyszłoroczne mistrzostwa świata (pojedzie tam 7 najlepszych drużyn tych mistrzostw). Polska kończy turniej na miejscach 9-10. Na obszerne podsumowanie występów Polaków zapraszam w poniedziałek do papierowego wydania „Słowa Sportowego”.

Po trzech kwartach: 46:71
Polacy próbują gonić rywali rzutami za 3 pkt, ale na trafienia Wójcika i Logana natychmiast odpowiada niesamowity Navarro (trzy trójki w ciągu 5 min), a z dystansu trafia także P. Gasol i Hiszpanie jeszcze powiększają przewagę – w 26. min prowadzą już 62:38. Za chwilę spod kosza trafia Fernandez i już 64:38 dla mistrzów świata. Trafiamy wreszcie z dystansu – najpierw Logan, później Koszarek, ale strata wciąż jest olbrzymia (25 pkt).

Po drugiej kwarcie: 26:42
Na początku drugiej odsłony dobra zmiana Lampego za Gortata. Ale w ataku Hiszpanie nadal bardzo skuteczni, wykorzystują praktycznie każdą otwartą pozycję. Po 14 min prowadzą już 32:18. Marc Gasol pod kosami radzi sobie równie dobrze, jak jego brat Pau. Polacy już w 5 min tej części gry mają na kocie 4 faule i każdy kolejny będzie karany rzutami wolnymi. Navarro trafia za 3 przez ręce dużo wyższego Macieja Lampego, a w odpowiedzi Ignerski z czystej pozycji dwa razy pudłuje zza linii 6,25 m i zmienia go Michał Chyliński. W kolejne akcji… Navarro znów za trzy, a w odpowiedzi Polacy gubią piłkę w ataku. W 17. min przegrywamy 22:38. Logan za trzy nawet nie trafia w obręcz, a Lampe pudłuje z półdystansu. W odpowiedzi Rubio oszukuje Gortata pod koszem i 2 pkt dla rywali. Polacy znów gubią piłkę w ataku. Wyraźnie nie radzimy sobie z agresywną obroną Hiszpanów. W 19. min przegrywamy już 24:42. P. Gasol, mimo dobrej obrony Gortata, trafia tuż nad jego rękami. Szubarga spod kosza za 2. W ostatniej akcji przed przerwą Logan w kontrze nie trafia spod kosza i po 20 min Polacy przegrywają z Hiszpanią 26:42. Grają słabo w ataku (najlepszy Gortat zdobył zaledwie 8 pkt), nie trafiają z otwartych pozycji za trzy punkty, a ponadto pozwalają na takie rzuty Hiszpanom, których świetnie prowadzą Navarro (14 pkt) i P. Gasol (13 pkt). Niestety, raczej nie będzie powtórki z meczu sparingowego w Saragossie, w którym Polacy do ostatniej minuty liczyli się w walce o zwycięstwo i przegrali minimalnie. Dziś emocje skończyły się jeszcze przed przerwą. Co ciekawe, Polacy wygrywają jak na razie walkę o zbiórki 22:20. Szkoda, że nic z tego nie wynika…

Po pierwszej kwarcie: 14:23
Po początku 0:5, pierwsze punkty dla Polaków zdobywa Logan. Ale Hiszpanie grają bardzo skutecznie w ataku, czego nie można powiedzieć o Polakach. W 5. min przegrywamy 7:12.
Po rzucie a 3 pkt Navarro w 8. min przegrywamy już 9:19. Wówczas za trzy trafia Adama Wójcik (na parkiecie po raz pierwszy podczas tego turnieju). Ale końcówka kwarty znów dla Hiszpanów. Patrząc na ich grę w ataku wydaje się, ze koszykówka jest taka prosta… Trafiają do kosza z łatwością i prowadzą po 10 min 23:14.


Polacy rozpoczną mecz w składzie: Logna, Gortat, Koszarek, Ignerski, Szewczyk.

Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie tu, to gdzie?

Za niespełna 45 min Polacy grają z Hiszpanią w meczu o wszystko. Przegrany żegna się z mistrzostwami, zwycięzca pojedzie do Katowic na ćwierćfinały. Normalnie na 10 meczów, przegralibyśmy z Hiszpanią 9, a może i 10. Ale, jak podkreśla Muli Katzurin, EuroBasket, to nie są normalne okoliczności. W jednym meczu może zdarzyć się niespodzianka i dziś wszyscy na nią czekamy. Żeby nawiązać walkę z mistrzami świata nasi zawodnicy muszą dziś zagrać super mecz. Mówię przede wszystkim o dobrej (a może znakomitej) skuteczności rzutowej oraz agresywnej, twardej obronie. Czy to możliwe? Zapraszamy na relację co kwartę na żywo z Łodzi. Tymczasem w pierwszym meczu dzisiejszego dnia Litwa na pożegnaie z turniejem przegrała z Serbią 79:89.

Za 30 minut kolejny meldunek z hali.

Edit:
Co mnie cieszy?
David Logan, który wczoraj na wieczornym treningu reprezentacji podczas gierki 5 na 5 doznał kontuzji kostki, dziś na rozgrzewce normalnie biega i skacze, więc wygląda na to, ze lekarze kadry postawili go (dosłownie) na nogi. Niewykluczone, że na parkiecie zobaczymy również Adama Wójcika, który w dotychczasowych spotkaniach nie grał z powodu kontuzji łydki. Cieszy mnie też, że nasi zawodnicy wyglądają na skoncentrowanych i skupionych. Rozgrzewają się indywidualnie, tylko Marcin Gortat rozmawia z Łukaszem Koszarkiem i pokazuje mu jakiś rodzaj minięcia rywala – czyżby tajna broń na Navarro? ;)

Co mnie martwi?
Hiszpanie też wyglądają na skupionych. Dla nich „mecz o życie”, to nie jest normalna sytuacja i wygląda na to, że podeszli do tego tematu śmiertelnie poważnie. Martwi mnie też, że na 20 min prze rozpoczęciem meczu Atlas Arena jest PUSTA. Kibice cały czas wchodzą do środka, ale mimo to jest ich w tej chwili może ze 4 tys. Przyznacie, że to mało, jak na salę z 10 tys. miejsc siedzących…

wtorek, 15 września 2009

Szymon Szewczyk: - Mamy jeszcze jedną szansę


Po meczu ze Słowenią wszyscy polscy kibice zastanawiali się, na co stać nasz zespół w środowym spotkaniu o wszystko z Hiszpanią. Wraz z kolegami po piórze m.in. o to właśnie pytaliśmy Szymona Szewczyka, środkowego reprezentacji.

Jak się czujecie po najsłabszym waszym meczu na tym turnieju?

SZYMON SZEWCZYK: - No a jak możemy się czuć? Jesteśmy niezadowoleni, jest nam źle. Mimo to chodzimy z głową podniesioną do góry, ale nie w chmurach. Nie przejmujemy się tym, że przegrywamy. My naprawdę się staramy, walczymy, ale nam nie wychodzi. Nie oszukujmy się, nie jesteśmy faworytem tego turnieju i nie oczekujemy cudów. Ale walczymy, w każdym meczu jesteśmy gotowi do walki. Piłka nie wpada nam do kosza, ale jest walka.

Co się stało w drugiej połowie meczu ze Słowenią?

- Najprościej mówiąc, im wpadało do kosza, a nam nie. Co mogę więcej powiedzieć? Były w ataku pozycje rzutowe nieprzygotowane, były też pozycje otwarte, ale z jednych i drugich nie trafialiśmy. A rywale tak.

Czy mieliście plan taktyczny na to spotkanie i jakim stopniu został on zrealizowany?

- Jak najbardziej mieliśmy plan taktyczny. Mamy plan taktyczny na każdy mecz. Przed spotkaniem wiemy doskonale, kto u rywali rzuca, kto penetruje, kto zbiera, kto jest groźny w ataku, a z kim możemy grać w obronie jeden na jednego. I według mnie nasz plan w meczu ze Słowenią został zrealizowany, a porażka leży w naszej bardzo słabej skuteczności w ataku.

Wiemy, że to słabe pocieszenie, ale grałeś ze Słowenią sporo i rzuciłeś sporo punktów…

- Ja wcale nie jestem zadowolony ze swojego występu i mówię to szczerze.

Nie boisz się, że taki mecz, w którym nic wam nie wychodziło, zabije ducha zespołu i mobilizację przed kluczowym spotkaniem z Hiszpanią?

- Nie. Mamy fajną drużynę, to jest fajna ekipa ludzi. Ten duch walki nie zostanie zabity przez żadną porażkę. Polska kadra to grono fajnych ludzi, bardzo dobrze nam się współpracuje, dogadujemy się na boisku naprawdę dobrze, mimo że nie gramy ze sobą specjalnie długo. Przecież niektóre kadry grają ze sobą w stałym składzie już po kilka lat. My spotykamy się raz na pewien czas. Pierwszy raz od dłuższego czasu w kadrze jest Marcin Gortat, to samo Maciek Lampe. Niektórzy grają mniej podczas tego turnieju, inni więcej, ale to wszystko jest dla nas nieważne. Mamy jeszcze jedną szansę, żeby pokazać się w tych mistrzostwach Europy i to jest teraz najważniejsze.

PS. Ostatnio więcej czasu spędzamy w samochodzie niż w koszykarskiej hali ;) Jutro kolejna wyprawa do Łodzi. Zapraszamy na relację na żywo z pojedynku Polaków z Hiszpanami. Przypominam, że stawką tego meczu jest awans do ćwierćfinału.

Przerywnik taneczny

Kilka fotek Red Foxes z występów w przerwach meczu Polski ze Słowenią.



poniedziałek, 14 września 2009

Słoweńska katastrofa


Cudu nie było. Polacy przegrali ze Słowenią 76:60. Słoweńcy (a szczególnie Erazm Lorbek – 20 punktów) nas zniszczyli i odebrali Polakom ochotę do gry. Nam nie wychodziło nic, a im wszystko (w tym rzuty za trzy punkty przez ręce obrońcy rzuty z bardzo trudnych pozycji). Nadal uważam, że ten mecz był do wygrania. Ale Szewczyk nie był już tak skuteczny w drugiej połowie, a zabrakło nam właśnie ofensywnego lidera. Trochę punktów rzucił Logan, ale kiedy trafiał, losy meczu były już rozstrzygnięte.
Niestety, Słoweńcy nie tyle wygrali, co my przegraliśmy. To był zdecydowanie najsłabszy mecz Polaków na tym turnieju, pełen błędów, błędów i jeszcze raz błędów. W ostatniej kwarcie trener Katzurin już nawet nie stał przy linii bocznej. Siedział załamany – to nie tak miało być. Czy po tej porażce Polska jeszcze się podniesie by powalczyć w środę z Hiszpanią?

Po meczu ze Słowenią Muli Katzurin przyznał: - Po pierwszej połowie powinniśmy wyraźnie prowadzić. Skoro nie wykorzystujemy takiej szansy, to nie zasłużyliśmy na zwycięstwo.

Polska - Słowenia na żywo z Łodzi

Na początek dobra informacja. Z Polskąnie nie zagra rozhgrywający Słowenii Goran Dragić z Phoenix Suns (kontuzja kolana). Małe są też szanse na występ środkowego Matjaza Smodisa, który także walczy z kontuzją. Jaki będzie wynik? Czy biało-czerwoni zagrają na miarę oczekiwań i sprawią niespodziankę? Tak, niespodziankę, bo jednak faworytem są Słoweńcy.
Tymczasem poznałem przed chwilą bardzo miłego reportera telewizji hiszpańskiej, który od razu wyjaśnił mi, że jest Katalończykiem ;) i dodał, że w środę czeka nas ciekawy mecz. Powiedział też, że nasi kibice są super! Żeby nie psuć sobie ogólnie bardzo dobrego nastroju, o stronę organizacyjną EuroBasketu już go nie pytałem ;)

PS. Co kwartę postaram się wpisać tu wynik i kilka zdań o grze Polaków. Trzymajcie kciuki za naszych!!! Kurcze, coś naszych kibiców jest mało... Na razie bardzo dużo wolnych miejsc na hali. Chyba wszyscy nie pojechali do warszawy witać wracających z ME ze złotymi medalami polskich siatkarzy? ;)

Edit: Są zmiany w naszym wyjściowym składzie! Pierwsza piątka Polaków: Szubarga, Logan, Roszyk, Szewczyk, Gortat.

Po pierwszej kwarcie Katzurin zaskoczył częstymi zmianami po dwóch-trzech zawodników (jak w hokeju). Rotacja jest duża, bo intensywność gry i wysiłek – szczególnie w obronie – olbrzymi. Ale jak na razie gramy z wielką determinacją i prowadzimy 17:11!

Edit3: Do przerwy przegrywamy ze Słoweńcami 29:31, choć powinniśmy wygrywać różnicą kilku punktów. Popełniamy jednak zbyt wiele błędów: gubimy piłkę w kontrze, nie trafiamy spod kosza, jak i z otwartych pozycji z obwodu, a przede wszystkim w ataku robimy (kilka razy!) błąd kroków. A mimo to, przegrywamy minimalnie… Możemy wygrać ten mecz, Słoweńcy są dziś do ugryzienia. Wystarczy tylko w drugiej połowie trochę więcej koncentracji, mniej błędów i nieco lepsza skuteczność z obwodu. Świetne zawody rozgrywa Szymon Szewczyk, który kapitalnie walczy pod koszami i ma już na koncie 13 punktów. U Słoweńców najlepszy jak do tej pory Jaka Laković ma 7 pkt.
Liczę, że w drugiej połowie w ataku „włączy się” Gortat, który do przerwy fatalnie pudłował (1/7 z gry), ale dobrze gra w obronie – ma już 7 zbiórek i 3 bloki. No i musi zaskoczyć jakiś strzelec z dystansu. Logan? Ignerski? Ktoś inny? Bo bez tego trudno będzie wygrać.

Edit4: Po trzech kwartach przegrywamy 40:53. Gramy KATASTROFALNIE w ataku – przez 9 min 3 kwarty zdobyliśmy… 3 punkty, a rywale 20. Czekamy na cud – tylko on może sprawić, że Polska wygra ten mecz. Niestety.

Dolny Śląsk też jest w Łodzi


Trybuny przed meczem zapełniają się powoli polskimi kibicami, nasi koszykarze rozgrzewają się już n parkiecie, Słoweńcy też, a ja rozglądam się po hali i co widzę? Dolny Śląsk jest tu wyraźnie obecny. Dostrzegłem flagi: „Wałbrzych”, „MKS Tytan Jawor”, a także… „Mamo, tu jestem” ;)
Flagi Wrocławia jak na razie nie widzę, ale nie brakuje tu ludzi ze stolicy Dolnego Śląska – widziałem już kilka znajomych twarzy.

Edit: Jak się później okazało, na trybunach była jeszcze flaga „Wrocław” (niewielka, ale była), no i flaga „Zgorzelec”, a za nią spora grupa kibiców spod znaku tura.

Czy Litwini ograją Hiszpanów? Na żywo z Łodzi...

Trwa właśnie pierwszy poniedziałkowym mecz w Atlas Arenie w Łodzi. Grający z nożem na gardle Litwini po pierwszej kwarcie niespodziewanie prowadzą z mistrzami świata Hiszpanami 24:15. Czyżbym miał być świadkiem niespodzianki? Bo Litwini do tej pory grali słabo, Hiszpanie też nie zachwycali, ale mimo wszystko to oni byli i wciąż są faworytem tego spotkania. Atlas Arena robi wrażenie – to naprawdę przestronna sala, więc te 2-3 tysiące dopingujących na stojąco litewskich kibiców jednak gdzieś ginie...

Edit: Pierwsze cztery minuty drugiej kwarty Hiszpanie wygrali… 14:0. Niesmoawicie zacieśnili obronę, a w ataku trafiają ze świetną skutecznością.

Edit2: Do przerwy Hiszpanie (wyraźnie podrażnienie przebiegiem pierwszej kwarty) prowadzą z Litwinami 40:32. Tę ćwiartkę zagrali niesamowicie w obronie – Litwini przez 7 min nie zdobyli punktów i ten fragment przegrali aż 0:23! Mieli problemy nie tylko z trafianiem do kosza, ale – przy agresywnej obronie Hiszpanów na całym boisku – nawet z wyprowadzeniem piłki z własnej połowy. Wreszcie po ponad 7 min ten strzelecki impas przełamał Linas Kleiza rzutem dystansu.

Edit3: Po trzech kwartach Hiszpanie prowadzą 64:43 i już raczej tej zaliczki nie wypuszczą z rąk. Litwini próbują, ale są bezradni. Nawet ich kibice jakoś przycichli. Tymczasem na hali zaczyna się robić biało-czerwono… Do meczu Polaków została godzina.

Edit4: No i Hiszpanie spokojnie dowieźli przewagę do końca – wygrali z Litwą 84:70. Pokazali też, że kiedy podkręcą tempo (szczególnie w obronie), mogą zatrzymać każdego. A w ataku są zespołem kompletnym – zdobywają punkty zarówno spod kosza, jak i z dystansu. Jakby tego było mało – z dystansu nie tylko świetnie rzucają gracze obwodowi, ale potrafią to także wysocy. To wszystko nie wróży nam dobrze. Polacy zagrają z Hiszpanami w środę i musi wyjść im wybitny mecz, by myśleć o wygranej. Grę Hiszpanów uważnie oglądali z trybun nasi trenerzy: Katzurin, Czerniak i Ginzburg. Ale jak pokazały mecz z Turkami czy Serbami – mieć pomysł, jak zatrzymać rywali, a zrealizować go na boisku, to dwie różne sprawy.
Ale skupmy się na meczu Polski ze Słowenią, który już za 45 min.
GO POLSKA, GO!

PS. No a Litwini żegnają się z turniejem, bo nawet ich ewentualne zwycięstwo w środę nie da im już awansu. Szkoda, bo w Katowicach brakować będzie przede wszystkim, głośnych i barwnych kibiców z Litwy.

niedziela, 13 września 2009

Z Hiszpanią o wszystko?


Z wyliczeń wynika, że nawet jeśli w poniedziałek Polacy nie wygrają ze Słowenią, to wcale nie stracą szans na awans do ćwierćfinału. I to nawet przy założeniu (bardzo prawdopodobnym), że Hiszpania pokona w poniedziałek Litwę. Wówczas w środę zagramy o wszystko właśnie z Hiszpanami. Pamiętacie, jak Marcin Gortat po minimalnie przegranym meczu sparingowym z Hiszpanami mówił, że marzy o tym, aby pokonać ich we własnej hali? No to będzie ku temu dobra okazja. Oczywiście mamy nadzieję, że w poniedziałek Polacy zwycięstwem nad Słowenią jeszcze zwiększą swoje szanse na miejsce w najlepszej ósemce turnieju, choć – patrząc realnie – w obu spotkaniach o wygraną będzie piekielnie trudno.

PS. Zapraszam jutro na bloga! Wybieramy się do Łodzi, więc nie zabraknie wpisów na gorąco z rywalizacji Polaków ze Słoweńcami oraz ciekawostek około meczowych. Trzymajcie kciuki za naszych! Początek meczu o godz. 18.15.

A na pocieszenie...

Kilka fajnych fotek Red Foxes, które w Łodzi radzą sobie nie gorzej, niż weWrocławiu ;)





sobota, 12 września 2009

Polacy nie dali rady Serbom


Naszym koszykarzom nie udało się pokonać Serbii. Po walce ulegli 72:77 i o awans do ćwierćfinału będzie coraz trudniej. Choć kilka razy w tym meczu biało-czerwoni zbliżyli się do rywali, to jednak miałem nieodparte wrażenie, że Serbowie po prostu są lepsi i na zwycięstwo w tym meczu zasłużyli. Grali znakomicie w defensywie, praktycznie wyłączyli z gry Lampego i Logana. Nie pozowali naszym rzucać za trzy punkty w momentach, gdy nam te rzuty były potrzebne, bronili agresywnie, przez co wiele razy przechwytywali piłkę, a także świetnie bronili przy naszych kontrach – potężny Nenad Krstić czekał do końca pod koszem i w ostatniej chwili blokował rzuty naszych zawodników. Serbowie mieli bardziej wartościowych zmienników – mogli grać swobodnie 10 graczy (Ivković dużo rotował składem), a pewnie – gdyby była taka potrzeba – mogliby zestawić drugą 10 graczy, która grałaby równie dobrze. Polska takiego komfortu nie ma – mamy zaledwie kilku graczy na europejskim poziomie i brak jednego z nich (faule, świetna defensywa lub po prostu słabszy dzień) powodują, że mamy wielkie problemy, szczególnie w ataku. Choć trzeba oddać naszym rezerwowym, że w dzisiejszym meczu pokazali się z dobrej strony – ale do wygranej to nie wystarczyło. Serbowie zawsze byli o kosz czy dwa do przodu. W pewnym momencie an początku drugiej połowy doszliśmy ich na 40:43, by kolejne minuty przegrać 0:13. Wówczas Katzurin wpuścił na boisko Chylińskiego, Koszarka, Roszyka i Szewczyka i to oni sprawili, że następny fragment meczu wygraliśmy 9:0 i straty zostały częściowo odrobione. W 35. min po trafieniu Koszarka przegrywaliśmy tylko 62:64, ale za chwilę złe decyzje w ataku (zbyt szybko oddany rzut Koszarka z nieprzygotowanej pozycji, a w kolejnej akcji brak szczęścia Chylińskiego przy rzucie spod kosza) spowodowały, że Serbowie znów odskoczyli na bezpieczny dystans. Wtedy właśnie w polskiej drużynie zabrakło lidera, który zdobyłby punkty i pociągnął drużynę do przodu. W pierwszej połowie był nim Michał Ignerski (3 ważne trójki), w drugiej takiego lidera zabrakło.
Inna sprawa, że rywale już doskonale wiedzą jak z Polską grać. Wiedzą ile w ataku znaczą dla naszej drużyny Logan czy Lampe i umiejętnie im przeszkadzają. W kolejnych meczach (Słowenia i Hiszpania) o zwycięstwa będzie coraz trudniej. Ale dopóki jest szansa na ćwierćfinał, trzeba walczyć. Sił powinno wystarczyć, bo w tej fazie gramy co dwa dni.

Spóźniony Ignerski

Niestety, obowiązki redakcyjne dziś dały mi popalić i nie było (w zasadzie wciąż nie ma) czasu na wrzucenie rozmowy z Michałem. Wrzucam więc jej najistotniejszy (chyba) fragment:

Czy trzy dni wystarczyły, by nasz zespół, zmęczony bojami z Bułgarią, Litwą i Turcją zregenerował siły i nabrał świeżości?

MICHAŁ IGNERSKI: - Po takim wysiłku trzy dni przerwy, to – wbrew pozorom – bardzo dużo. Myślę, że to wystarczy nam, by odzyskać świeżość i w Łodzi z Serbią zagrać znów tak skutecznie i agresywnie, jak np. z Litwą. We Wrocławiu nabraliśmy pewności siebie i wiary w swojen umiejętności. Czujemy, że jesteśmy w formie i chcemy to wykorzystać. Naprawdę możemy wygrać z każdym!

Już za godzinę mecz. GO POLSKA, GO!!!

piątek, 11 września 2009

Wrocławskie reminescencje

EuroBasket w stolicy Dolnego Śląska gościł zaledwie 3 dni. Teraz koszykarze przenieśli się do Łodzi. Ja do rodzinnego miasta Marcina Gortata i Macieja Lampego wybieram się dopiero w poniedziałek – redakcyjne obowiązki zatrzymały mnie na weekend we Wrocławiu (przygotowujemy m.in. specjalne wydanie „Słowa Sportowego” na 27. Wrocław Maraton, który już w najbliższą niedzielę + bieżący numer „Słowa” na poniedziałek) i, niestety, mecz z Serbią obejrzę tylko w TV. Ale to nie znaczy, że zabraknie komentarzy na blogu – wręcz przeciwnie! Jutro przed meczem zamieszczę tu rozmowę z Michałem Ignerskim. Rozmawialiśmy m.in. o tym, czy 2,5 dnia to wystarczający czas, żeby koszykarze nabrali świeżości przed meczem z Serbią i czy wówczas Polska może grać znów tak fantastycznie, jak w meczu z Litwą. Ale o tym jutro. Dziś porcja subiektywnych wspomnień około meczowych z Wrocławia. Oczywiście wszyscy do dziś żyjemy meczem z Litwą (i pewnie będzie tak do kolejnej wygranej naszych orłów – oby do soboty), ale mnie w pamięci zostało jeszcze kilka rzeczy. Dwie postaram się zilustrować ;)

Po pierwsze: Red Foxes. Występy ukraińskiej grupy tanecznej, która zabawiała publiczność w przerwach meczu były naprawdę fajne. To był taki powiew świeżości po opatrzonych już wiele razy (choć ciągle fajnych) Wrocław Cheerleaders. Lisice, które tańczyły m.in. podczas IO w Pekinie, to naprawdę zespół z klasą. I to nie jest moja osamotniona opinia – trzeba było widzieć, jaki entuzjazm u kibiców w Hali Stulecia, budził każdy ich występ. U kolegów dziennikarzy również ;)







Po drugie: kibice z Litwy. Bardzo fajna grupa, która jeździ za swoim zespołem po całym świecie, bo na Litwie koszykówka to sport narodowy. Litwini we Wrocławiu byli bardzo widoczni na ulicach, w knajpach na Rynku (jeden z pubów specjalnie na czas EuroBasketu wprowadził do sprzedaży litewskie piwo – podobno był to strzał w dziesiątkę!). Odwiedzili nawet tłumnie… wrocławskie ZOO, które mieści się vis a vis Hali Stulecia. To dzięki tej grupie (a według różnych danych było ich od 1200 do 2000) na meczach bez udziału Polaków hala była prawie pełna i był głośny doping. Byłem pod wrażeniem organizacji ich dopingu – są bardzo zgrani, głośni, mają kilkanaście wielkich bębnów, flagi, trąbki i zawsze są barwnie ubrani. W tramwajach po meczach często bratali się z kibicami z Polski, co kończyło się wspólną wysiadką w okolicach Rynku i wspólnym biesiadowaniem do rana ;) Nawet po ostatnim meczu (Litwa – Bułgaria) cieszyłem się ze zwycięstwa Litwinów. Raz, że oni (nawet w słabszej formie) mają większe szanse niż Bułgarzy, by wyrywać zwycięstwo naszym grupowym rywalom – Serbom, Hiszpanom czy Słoweńcom, a dwa, że ten turniej bez tak barwnych kibiców jednak coś by stracił.


Adam Wójcik – simply the best!


Przed meczem z Turcją miała miejsce miła uroczystość. Tuż po prezentacji drużyn spiker w Hali Stulecia ogłosił, że to jubileuszowy 150 mecz Adama Wójcika w kadrze. Z głośników zabrzmiał utwór: „You`re simply the best!”, „Oława” odebrał pamiątkowy puchar z rąk prezesa Ludwiczuka, przybił piątki z kolegami z drużyny, a kibice nagrodzili go niesamowitą wrzawą i owacją na stojąco. Przyznaję, to był jeden z momentów, kiedy przeszły mnie ciarki. Cieszę się, że tak sympatycznie doceniono Pana Adama, dla którego są to już czwarte ME w karierze (1991, 1997, 2007, 2009). Wójcik trwa na posterunku w reprezentacji już wiele lat. – Daje nam wiele doświadczenia, w szatni potrafi zebrać wszystkich i zmobilizować przed meczem – mówi o nim trener Katzurin. Mam nadzieję, że kontuzja łydki (nawet wczoraj, już w Łodzi Pan Adam podkreślał, że noga dalej go boli) szybko pójdzie w zapomnienie i zobaczymy jeszcze Wójcika podczas tego EuroBasketu na parkiecie. Na pewno jest to zawodnik, który może dać wartościową zmianę na pozycji 4. A dla nadmiernie eksploatowanego Macieja Lampego te 5-7 minut odpoczynku w meczu byłoby bezcenne.

czwartek, 10 września 2009

Gortat to twardziel


Pamiętacie, jak podczas meczu z Turcją Gortat zeszdł z boiska wyraźnie utykając? Po meczu też w taki sposób schodził do szatni, a nogę miał obłożoną lodem. Kiedy później wyszedł z szatni, w mixed-zone czekał już na niego (tradycyjnie) tłum dziennikarzy i fotoreporterów. – Marcin, co z twoją nogą? Czy to coś poważnego? – padło pytanie z tłumu. – Z nogą jest wszystko w porządku. Dajcie spokój, za każdym razem jak przyłożę sobie lód do ciała, to zaraz piszecie, że niewiadomo co się stało, że jakaś kontuzja… Wszystko jest OK. Naprawdę, jestem gotowy, żeby w następnym meczu biegać przez 30 minut – odparł nasz koszykarz.

Jak Onan zatrzymał Logana


Turcy świetnie rozpracowali Polski zespół. – Wiedzieliśmy, że musimy zatrzymać ich szybki atak i maksymalnie uprzykrzyć życie Loganowi. To było moje zadanie – powiedział po meczu Omer Onan. Jak turecki obrońca wywiązał się ze swojej roli? Wszyscy widzieli – znakomicie! Logan był niewidoczny, nie miał otwartych pozycji rzutowych, nie kreował gry drużyny tak, jak we wcześniejszych spotkaniach. Co ciekawe, Onan przed meczem miał 39 stopni Celsjusza gorączki. – Nie wiedziałem, czy zagram, choć bardzo chciałem, bo wiedziałem, jak ważne jest, byśmy zatrzymali Logana. Na rozgrzewce poczułem się dobrze, nie brakowało mi siły i powiedziałem trenerowi, że mogę grać. Cieszę się, że wygraliśmy – dodał turecki obrońca.

Ach, te Lisice…

Może i nasi koszykarze wyglądali wczoraj na zmęczonych, ale na pewno nie można tego powiedzieć o tancerkach, które każdego dnia prezentowały równy, wysoki poziom. Kolejna porcja fotek z występów Red Foxes oraz Wrocław Cheerleaders.