środa, 13 października 2010

Muzeum, Małysz i twardziele


Tyle widzi skoczek narciarski dojeżdżając do progku skoczni...


Tym razem nie będzie stricte o sporcie, ale bardziej krajoznawczo. Byłem niedawno w Karpaczu. To miejsce świetne dla wielbicieli gór, wędrówek po kamienistych szlakach i pięknych widoków. Zresztą, ten drugi, co ze mną bloguje, też tam od czasu do czasu zagląda. Co ciekawe, Karpacz poza atrakcjami typowymi dla górskiej miejscowości, ma też inny turystyczny atut. To jedyne – obok Warszawy – miasto w Polsce, które może się pochwalić pięknym muzeum sportu. Od tego stołecznego, wybudowanego z wielkim rozmachem i posiadającego olbrzymią kolekcję, muzeum w Karpaczu różni się diametralnie. Przede wszystkim mieści się w niedużej, górskiej chacie, a ekspozycja dokumentuje przede wszystkim wydarzenia – a jakże, skoro to przede wszystkim kurort narciarski – związane ze sportami zimowymi. Już z daleka widać sportowy charakter tego miejsca – na trawniku przed wejściem stoi bobslej z szyldem muzeum. W środku można znaleźć eksponaty przeróżne: od sprzętu sportowego, przez medale, broszury, akredytacje, zdjęcia, znaczki i inne, przeróżne gadżety związane z imprezami sportowymi. Ciekawa jest m.in. ekspozycja dotycząca historii Biegu Piastów, ale i początku sportów zimowych na Dolnym Śląsku. Można wreszcie znaleźć wszystko o dolnośląskich sportowcach – uczestnikach zimowych igrzysk olimpijskich, choć także o wielkich mistrzach sportu, takich jak Adam Małysz. Ten ostatni złożył nawet swój autograf na ofiarowanych muzeum eksponatach, m.in. startowym plastronie z mistrzostw Polski.
Gwoli ścisłości dodam, że jest to Muzeum Sportu i Turystyki, ale ekspozycja sportowa zdecydowanie bierze w nim górę nad częścią turystyczną. Wejście do tego muzeum polecam każdemu – kosztuje 5 zł (3 zł bilet ulgowy), a wrażenia są niezapomniane. A gdyby komuś, już po wyjściu z muzeum, było mało sportów zimowych, to jakieś 25 min pieszej drogi dalej (a jest to droga mocno pod górę) znajduje się skocznia narciarska Orlinek (nieopodal jest też słynna meta wyścigu kolarskiego Tour de Polgone), której rekordzistą (94,5 m) jest nie kto inny, a nasz „Orzeł z Wisły”. Kiedy nie ma śniegu Orlinek służy turystom jako punkt widokowy. Wykupując bilet za 2 zł można wejść na samą górę. Po pierwsze widok na okolicę z takiej wysokości zapiera dech w piersiach. Po drugie, człowiek może się przez chwilę poczuć jak skoczek narciarski. Tylko, że to nie jest wcale takie fajne uczucie. Siedząc na górze Orlinka, widać... no właśnie, nie widać zeskoku. Trzeba mieć sporo odwagi, żeby tam wejść, a co dopiero zjechać na nartach i skoczyć. Ale nie od dziś wiadomo, że skoczkowie narciarscy to prawdziwi twardziele.

niedziela, 10 października 2010

Półprodukt zwany mistrzem

Na inaugurację Tauron Basket Ligi beniaminek z Zielonej Góry zlał broniących mistrzowskiego tytułu gdynian spod szyldu Asseco Prokomu. Wydawać by się mogło, że sezon zaczął się od sensacji. Ale jak się temu lepiej przyjrzeć, to żadna sensacja. Ba, to nawet nie jest niespodzianka. Bo do Zielonej Góry na mecz inaugurujący sezon gdynianie wysłali zlepek zawodników z łapanki i drugiego trenera Andrzeja Adamka. Zamiast euroligowych gwiazd kibice zobaczyli Frasunkiewicza, Witkę, Mroza, Kostrzewskiego, Łapetę i kilku innych ligowych wyrobników. I ten trójmiejski trzeci garnitur, nie mający wiele wspólnego z mistrzowskim zespołem, montowany pośpiesznie tuż przed startem ligi, nie miał prawa wygrać z solidnym Zastalem.
Rozumiem, że priorytetem Asseco Prokomu są dobre występy w Eurolidze oraz lidze VTB. I pod kątem tych rozgrywek trener Tomas Pacesas może oszczędzać siły najlepszych graczy, ale już zupełne ich chowanie przed polskimi kibicami jest takim samym objawem braku szacunku dla fanów, jak wysyłanie na mecz wyjazdowy w roli pierwszego szkoleniowca własnego asystenta. Co mają powiedzieć kibice innych drużyn, którzy kupią bilety na pojedynek z mistrzami kraju, a zamiast tego dostaną półprodukt w postaci ich zmienników? To sprawia, że obniża się poziom i prestiż całej ligi, a co za tym idzie jeszcze bardziej podupadnie – i tak już mocno nadwyrężony – wizerunek polskiej koszykówki. Dlatego liczę na to, że śladem ambitnego beniaminka z Zielonej Góry pójdą kolejne drużyny, które sprawią lanie gdynianom i w ten sposób zmuszą Pacesasa, by w kolejnych spotkaniach sam pojawił się na ławce trenerskiej i sięgnął po swoje gwiazdy. Zatem bij (pseudo) mistrza, kto może!

sobota, 21 sierpnia 2010

Nie zasłużyli na awans

Dziś czas mnie goni okrutnie, ale na gorąco kilka słów na temat kompromitujacej porażki polskiej koszykówki w Portugalii. Na więcej zapraszam do poniedziałkowego wydania "Słowa Sportowego".

Pompowany przez Marcina Gortata balon oczekiwań pęka z wielkim hukiem. Porażka naszych orłów z przeciętną Portugalią już teraz została okrzyknięta największą sensacją tych eliminacji. I nie chodzi tylko o wynik meczu w Coimbrze, ale o katastrofalną momentami grę Polaków. Jak to możliwe, że zespół, który aspiruje do miejsca w czołowej szesnastce Europy, nie potrafi wygrać żadnego meczu wyjazdowego? Że za każdym razem, po dobrym, wygranym spotkaniu przed własną publicznością, w drodze na mecz wyjazdowy podopieczni Igora Griszczuka przechodzą jakąś dziwną metamorfozę, w efekcie której jakby zapomnieli jak grać w koszykówkę? Zresztą trener Griszczuk też ma swoje za uszami, bo mam wrażenie, że kadrze jakoś specjalnie nie pomaga. Mimo fatalnej gry zespołu rzadko korzysta z przerw na żądanie. A może nie ma pomysłu, co w tej kadrze zmienić, by funkcjonowała lepiej? Wyraźnie nie ma też odwagi, by postawić na zmienników, kiedy podstawowy skład zawodzi. Po co wysyłał powołania Chanasowi, Kostrzewskiemu czy Białkowi, skoro nawet nie pozwala im się podnieść z ławki? Griszczuk wykorzystuje w rotacji niewielu zawodników, eksploatując najlepszych do granic możliwości. A przecież nawet ci najlepsi potrzebują chwili oddechu – jeśli jej nie dostaną, to w zaciętej końcówce meczu może im zwyczajnie zabraknąć sił. Szczególnie kiedy rozgrywają po dwa spotkania w tygodniu, a do tego dochodzą jeszcze długie i męczące podróże.
Mimo portugalskiej katastrofy nasza kadra wciąż ma szansę na awans do przyszłorocznego EuroBasketu, ale ja nie mam wątpliwości – Polacy na ten awans nie zasłużyli!

czwartek, 8 lipca 2010

Młodości! Ty nad poziomy wylatuj

“Poland stays unbeaten, grabs group B top rank”. Jak miło. Jaka duma! Wchodzę na oficjalną stronę FIBA (Międzynarodowej Federacji Koszykarskiej), która relacjonuje trwające właśnie mistrzostwa świata U-17. Za nami faza grupowa. Przytoczone przeze mnie słowa to tytuł jednego z artykułów. Tak jest, to nie sen. To prawda – Polska po pięciu meczach pozostaje niepokonana i wygrywa grupę B mistrzostw świata! Na imprezie gra tylko 12 najlepszych ekip z całego globu – Polacy pokonali już pięć z nich i są w ćwierćfinale!

Sukcesy naszej seniorskiej koszykówki pamiętają już tylko najstarsi kibice. Bo, nie wypominając nikomu wieku, trzeba mieć nieco wiosen na karku, by być naocznym świadkiem wywalczenia przez biało-czerwonych brązowego medalu mistrzostw Europy pod koniec lat 30. ubiegłego wieku czy srebrnego w 1963 roku, kiedy to EuroBasket rozgrywany był w Polsce. Ostatni medal – brązowy – wywalczyliśmy w 1967 r. A co było dalej? Od mistrzostw Starego Kontynentu w Barcelonie (1973 rok), biało-czerwoni nie zajęli lepszego niż siódme miejsce. Biorąc zresztą pod uwagę „wyczyny” z lat 1993 – 2009, to i owe siódme lokaty były w sumie znakomitymi rezultatami. Od wspomnianego ’93 roku do zeszłorocznych mistrzostw Europy, odbyło się dziewięć EuroBasketów – Polacy wystąpili tylko na trzech z nich! W tym ostatnim, zeszłorocznym, udało nam się wystartować dlatego, bo sami tę imprezę – w średnim zresztą stylu – zorganizowaliśmy. Ostatecznie zajęliśmy na nim 10 miejsce. Nie wspomnę już nawet o mistrzostwach świata, na których nie było nas od dziesięcioleci. Ale co zrobić, skoro przepustką na MŚ jest dobry wynik na ME… Cóż zatem pozostaje kibicom młodego pokolenia (do których mam odwagę zapisać i siebie)? Wyszukiwanie i studiowanie materiałów archiwalnych to wszystko jeśli chodzi o naszą radość z wyników seniorskiej reprezentacji? Aż serce boli, że żyć musimy przeszłością, a konkretnie rokiem 1963. To trochę tak jak z naszą kopaną – legenda mundialu z 1974 roku jest wiecznie żywa. Cieszymy się historią, bo nie widzimy żadnej szansy na przyszłość. Wracając jednak do koszykówki - przełomem miał być zeszłoroczny EuroBasket, rozgrywany w Polsce. Radość z bycia gospodarzem i wielka mobilizacja najbardziej zagorzałych kibiców, mącone były przez słabą organizację i promocję turnieju. Tu ukłon w stronę prezesa, a od pięciu lat także magistra, Romana Ludwiczuka…
Ale pojawiła się nadzieja. I nie mam na myśli planowanego naturalizowania Thomasa Kelati’ego i jego wkładu w nagły postęp naszego poziomu gry. Nadzieja, i to jak najbardziej uzasadniona, tkwi w młodym, naprawdę młodym, pokoleniu koszykarzy. Otóż nasi reprezentanci do lat 17 przynoszą dumę rodakom, dzięki świetnym wynikom osiąganym na trwających właśnie mistrzostwach świata.
Ale po kolei;
Przed rokiem owi kadrowicze zajęli czwarte miejsce na mistrzostwach Europy do lat 16! To najlepszy wynik w historii naszej młodzieżowej koszykówki. Zakończenie imprezy w strefie medalowej oznaczało automatyczną kwalifikacje do tegorocznych mistrzostw globu, które od 2 lipca trwają w Hamburgu. Polacy wygrali na nich wszystkie mecze grupowe, w tym z aktualnymi mistrzami Starego Kontynentu Hiszpanami, i będą faworytem spotkania ćwierćfinałowego, w którym zagrają z Serbią. Także w statystykach nie da się nie zauważyć naszych. Mateusz Ponitka, bezwzględnie lider zespołu, ogrywający się już na I-ligowych parkietach, jest drugim strzelcem mistrzostw (blisko 20 punktów na mecz). Przemysław Karnowski lideruje natomiast w zbiórkach – ponad 12 na mecz. Grzegorz Grochowski, z ponad 5 asystami, jest trzecim podającym mistrzostw świata.
Seniorska kadra w rankingu FIBA zajmuje dopiero 39. miejsce – to i tak lepszy wynik od tego sprzed zeszłorocznych mistrzostw Europy, kiedy zajmowaliśmy lokatę w szóstej dziesiątce… Obecnie przed nami są takie ekipy jak Senegal, Iran czy Nigeria. Wyprzedzają nas też państwa, o których istnieniu nie zdawałem sobie nawet sprawy… Miejmy nadzieję, że młode pokolenie, robiące duże zamieszanie w młodzieżowej koszykówce na świecie, w perspektywie lat zmieni tę sytuację. Być może, idąc za poetą, nasi zastosują się do słów:

Młodości! dodaj mi skrzydła!
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy
(…)
Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca.
(…)
Razem, młodzi przyjaciele!...
Choć droga stroma i śliska,
Gwałt i słabość bronią wchodu:
Gwałt niech się gwałtem odciska,
A ze słabością łamać uczmy się za młodu!
(…)

Przepraszam za ten mickiewiczowski wtręt – lata studiów polonistycznych dają znać o sobie.

Jerzy Szambelan, trener reprezentacji Polski U-17, przed laty – na przełomie lat 80. i 90. – szkolił w młodzieżowej kadrze takie gwiazdy jak Maciej Zieliński. 63-letni Szambelan doskonale zna pokolenie Wójcika, wspomnianego „Zielonego”, Szybilskiego, Jankowskiego, Przeńskiego, Bacika, Kościuka, Tomczyka – czyli zawodników, którzy przez lata stanowili o sile naszej koszykówki. To były ostatnie gwiazdy, próbujące pobudzić do życia nasz basket. Na mistrzostwach Europy w 1997 roku zajęły 7. miejsce, a później przecierały szlaki w Eurolidze.
Ten sam Jerzy Szambelan, który szkolił młodego Zielińskiego i spółkę, powiedział mi kilka miesięcy temu, że obecna kadra z rocznika ’93, jest jeszcze bardziej uzdolniona od tamtego pokolenia. Talent naszych 17-latków, talent na miarę światową – o czym świadczą nie tylko osiągane wyniki w turniejach międzynarodowych, ale także fakt, że największe kluby Starego Kontynentu już pukają do drzwi zespołów, które mają prawa do naszych zawodników – nie może zostać zmarnowany. Ani przez trenerów, ani menadżerów, ani samych koszykarzy. Cieszy, że jeden z tych najbardziej uzdolnionych trenuje na co dzień we Wrocławiu. Który? Już nie raz o nim pisałem. A jeśli ktoś w dalszym ciągu nie wie o kim mówię, zapraszam do poniedziałkowego wydania „Słowa Sportowego”, w którym podsumuję udział naszych 17-letnich kadrowiczów na MŚ. Tam kilka słów poświęcę także koszykarzowi z Wrocławia.

P.S. Czy to nie byłaby piękna historia, gdyby - powiedzmy - za pięć lat ci zawodnicy (mający wówczas 22 lata) zaczynali stanowić o sile kadry? Za rękę prowadziłby ich doświadczony, 30-letni Marcin Gortat, który jest ich idolem. Takie połączenie talentu i doświadczenia mogłoby zdać egzamin.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Nie jestem kolekcjonerem

Ten drugi w dzisiejszym "Słowie Sportowym" popełnił bardzo fajny wywiad z trenerem Arkadiuszem Konieckim, który komentował finały NBA na żywo. Pozwoliłem sobie go tu wkelić, bo Moose zapewne przez wrodzoną skromność sam by tego nie zrobił :-)

****



Arkadiusz Koniecki, znany przede wszystkim z pracy trenerskiej, już drugi sezon z rzędu komentował, wraz z Wojciechem Michałowiczem, finałową rywalizację w NBA, transmitowaną w Polsce przez telewizję Canal +. Specjalnie dla „Słowa Sportowego” opowiada o kulisach organizacji meczów ligi zawodowej oraz własnych spostrzeżeniach, dotyczących tegorocznych finałów.

Jak się Pan czuje w roli komentatora telewizyjnego?
ARKADIUSZ KONIECKI: - Bardziej czuję się trenerem niż komentatorem. Najbardziej, podczas pracy komentatora, interesują mnie zagrywki taktyczne. Łapię się na tym, że popadam czasem w taką trenerską zadumę i zastanawiam się, jak sam bym się zachował, będąc na miejscu danego szkoleniowca. W każdym razie żadnej tremy, związanej z występowaniem na żywo, nie odczuwam.

Przywiózł pan z Bostonu jakieś ciekawe pamiątki związane z tegorocznymi finałami NBA?

- Proszę mi wierzyć, że nie jestem kolekcjonerem. Staram się skupiać na ocenie widowiska, które oglądam. Jeśli przywożę jakąś pamiątkę – znaczek czy koszulkę – to dla rodziny, żeby zaakcentować, że byłem naocznym świadkiem finałów.

Przy okazji meczów o puchar Larry’ego O’Briana odbyło się także pokazowe spotkanie pomiędzy dziennikarzami. Wziął Pan w nim udział?

- Jeśli chodzi o to spotkanie, to zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Termin jego rozegrania został zmieniony na dzień, na który mieliśmy – to znaczy ja i Wojciech Michałowicz – już inne plany. Wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy na mecz WNBA Connecticut Sun – Indiana Fever. Jako trener żeńskiego zespołu bardzo zainteresowany jestem zawodniczkami z WNBA, które przymierzane są również do polskiej ligi. Poza tym pomiędzy dniami, w których odbywały się finały NBA, zwiedziłem, w towarzystwie Wojtka Michałowicza, muzeum koszykówki. Miałem też okazję odświeżyć stare znajomości – spotkałem się z jednym ze swoich byłych zawodników – Jackiem Dudą.

To już Pana drugie finały w roli komentatora. Jak ocenia Pan warunki, w których przyszło wam pracować?

- W tym roku komentowałem trzy mecze – te, które rozgrywane były w Bostonie. Warunki, które stworzono dziennikarzom, były bardzo ciekawe. Mogliśmy korzystać z wielu przywilejów, na przykład wizyty w szatniach obu ekip na 45 minut przed rozpoczęciem meczu. Uczestniczyliśmy w konferencjach prasowych, pojawialiśmy się na treningach. Jeśli chodzi o warunki w samej hali, to siedzieliśmy na ostatnim, najwyższym piętrze obiektu. Zjazd windą na sam dół, w okolice parkietu, zajmował nawet do 15 minut. Każdy sprawozdawca miał swój stolik, monitor i pełno materiałów prasowych – statystyki, wypowiedzi przed i pomeczowe. W hali pojawialiśmy się nawet ponad trzy godziny przed meczem, poszczególni zawodnicy rozpoczynali indywidualne rozgrzewki 2,5 godziny przed rozpoczęciem spotkania. Nasze akredytacje umożliwiały nam poruszanie się po całej hali.

Jedno ze spotkań zapowiadali Panowie z samego parkietu. Nie było możliwości, aby każdą transmisje rozpoczynać tego typu relacją, z rozgrzewającymi się zawodnikami w tle?

- Mecz finałowy to wielkie przedsięwzięcie. Także logistyczne. Nie było miejsca na żadne błędy. Krótki wstęp, który nagrywaliśmy stojąc przy samym parkiecie, wyliczony był co do sekundy. Każda ekipa dziennikarska miała wyznaczony swój czas. Jedna schodziła z parkietu i od razu pojawiała się następna. Mogliśmy każdy mecz rozpoczynać w ten sposób, lecz za każdą tego typu relację stacja telewizyjna musiała płacić dodatkowe pieniądze.

Gdzie się Panowie zatrzymali podczas wizyty w Bostonie?

- Każda ekipa telewizyjna rezerwowała sobie wcześniej miejsca w hotelach. My natomiast skorzystaliśmy z gościnności moich bliskich, którzy mieszkają w Bostonie.

Dlaczego mecze, które odbywały się w Los Angeles, komentowane były ze studia w Warszawie, a nie z hali Staples Center?

- Dodatkowe przeloty z Bostonu do LA i stanowiska komentatorskie kosztują. Najwyraźniej transport i zakwaterowanie w Los Angeles wykraczały poza możliwy budżet, zaplanowany przez stację Canal +.

Przechodząc do samych meczów, jest Pan zaskoczony, że odbyło się ich aż siedem? Rzadko która rywalizacja finałowa w NBA trwa tak długo…

- Tegoroczny finał był starciem symboli. Celtics i Lakers to najbardziej utytułowane drużyny w lidze zawodowej. Była to także jedna z najbardziej porywających serii od czasów Michaela Jordana. Każdy mecz miał swoich bohaterów, tworzył odrębną historię. Losy tytułu rozstrzygnęły się w detalach. Obie ekipy są bardzo wyrównane, dlatego maksymalna ilość gier, potrzebna do rozstrzygnięcia, nie była wielkim zaskoczeniem.

Podobał się Panu mecz nr 7? Jakby Pan podsumował tegoroczne finały?

- Siódmy mecz był brzydki, ale pełen walki i determinacji. Oba zespoły biły się ze swoimi słabościami. Te finały można podsumować w sposób następujący: ofensywa przyciąga tłumy, defensywa wygrywa poszczególne mecze, a zbiórki dają mistrzostwa. I tak właśnie było. Zespół, który zebrał więcej piłek w każdym meczu, wygrywał. Ważne były też kontuzje. Andrew Bynum, podkoszowy Lakers, od pierwszego spotkania borykał się z problemami z kolanem. Na szczęście – dla Jeziorowców – Phil Jackson potrafił to tuszować. Bardzo rozsądnie szafował jego siłami. Gdy natomiast kontuzji doznał Kendrick Perkins, podstawowy center Celtics, na początku meczu nr 6, Doc Rivers się zagubił a jego zespół przegrał różnicą ponad 20 punktów. To najwyższa porażka w tej serii. Perkins nie jest mistrzem ataku, ale stanowi kluczowe ogniwo defensywne.

W tej serii każda z drużyn zdołała wygrać na parkiecie rywala…

- Tak, to prawda. Wygranie przez Celtów meczu nr 2 w LA dawało temu zespołowi ogromną szansę na mistrzostwo. Przełomem całej serii był jednak dla mnie mecz nr 3, w którym to Lakers pokonali w Bostonie Celtów i odzyskali przewagę parkietu. Znakomicie zagrał wówczas rezerwowy Derek Fisher, który zdobył w czwartej kwarcie dla gości 11 punktów! Zresztą to nie był jedyny mecz, w którym kluczem do sukcesu byli rezerwowi. W pojedynku nr 4 decydującymi postaciami, które przypieczętowały zwycięstwo Bostonu, byli Nate Robinson i Glen Davis. Wracając jednak do spotkania nr 3 – wielkie znaczenie dla wyniku mieli wówczas sędziowie, którzy faworyzowali ekipę Lakers. Cwaniakiem okazał się Fisher, który prowokował Ray’a Allena. Robił wszystko, aby strzelec Celtów nie przebił się przez zasłonę i nie wyszedł na czystą pozycję. W powtórkach wyraźnie było widać jak nieczysto gra Fisher, faulując bez piłki. Sędziowie nie zwracali na to uwagi. Lakersi szybciej potrafili się dostosować do sytuacji, do sposobu sędziowania. Wiedzieli na jakiego typu zagrania mogą sobie danego dnia pozwolić. Ta inteligencja i cwaniactwo, pomogły im wygrać mecz nr 3. Czynnik sędziowski nie był bez znaczenia.

Jak to jest, że Ray Allen w jednym meczu trafił 8 z 11 rzutów za trzy oczka, w tym pierwszych siedem, a w kolejnych dwóch spotkaniach przestrzelił następnych 18 prób? Z czego to może wynikać?

- Te mecze były nieprzewidywalne. Widzę kilka aspektów, które mogły mieć na to wpływ: po pierwsze zmęczenie. Ciężko wymagać od zawodnika gry na maksymalnej intensywności co drugi dzień. Biorąc pod uwagę ogromną odległość pomiędzy Los Angeles a Bostonem, koszykarze musieli odczuwać wyczerpanie. Niebagatelną rolę odgrywa też psychika. Nie bez przypadku Ron Artest, po zakończeniu całej serii, podziękował psychologom, z którymi pracował. To oni motywacyjnie przygotowywali zawodników. To niby małe rzeczy, ale one urastały do wagi wielkich. Myślę, że można powiedzieć, że wygrał zespół odporniejszy psychicznie.

Który trener reagował Pana zdaniem lepiej na parkietowe wydarzenia, które często wymykały się spod kontroli?

- Wydaję mi się, że przewagę na ławce trenerskiej mieli Lakersi. Phil Jackson swoim doświadczeniem, obyciem i spokojem, przewyższał Doca Riversa. Ze strony trenera Bostonu zabrakło mi odwagi w ostatnim meczu, żeby postawić na rezerwowych – Nate’a Robinsona i Glena Davisa. Najwyraźniej nie zaufał im w takim stopniu, jak podczas meczu nr 4, w którym to oni napędzali w czwartej kwarcie grę zespołu.

Czy finały nie udowodniły jak wiele brakuje liderowi Lakers, Kobe Bryantowi, do Michaela Jordana?

- Tak, to prawda, Bryantowi dużo brakuje do Jordana. Może niekoniecznie w umiejętnościach, bowiem jest niesamowicie utalentowany, ale na pewno w podejściu do gry. Z Jordana emanowało coś niesamowitego, potrafił zapanować nad swoimi emocjami. Kobe natomiast, gdy mu nie idzie, traci rozeznanie. Wyłącza się, nie dostrzega kolegów i popada we frustrację. Jordan nigdy tego nie robił.

Czy zatem tytuł MVP zasłużenie trafił w jego ręce? W ostatnim spotkaniu finałowym Bryant trafił tylko 6 z 24 oddanych rzutów z gry…

- Tytuł MVP przyznany zostaje zawodnikowi zwycięskiej drużyny. Moim zdaniem Bryant zasłużył na to trofeum. Robił ogromne problemy rywalom, grał równo, odbudowywał w trudnych momentach siebie i cała drużynę. W przypadku zwycięstwa Bostonu, statuetka MVP mogła trafić do Kevina Garnetta albo Rajona Rondo.

Garnett był Pana zdaniem jednym z bohaterów całej serii?

- Muszę przyznać, że rywalizacja pomiędzy Kevinem Garnettem a Pau Gasolem była niesamowita. Hiszpan zrobił w ostatnich sezonach ogromny postęp, olbrzymi skok. Nie jest już słabym fizycznie, miękkim zawodnikiem. Jest gladiatorem walczącym na poziomie tych amerykańskich atletów. Jednak Garnett dał mu lekcję sprytu i doświadczenia.

Można zatem powiedzieć, że zaawansowany wiek bostończyków nie był ich wadą? Podczas trwania sezonu zasadniczego wielu obserwatorów NBA uważało, że jest to zbyt „stary” zespół, aby mógł wytrzymać ponad sto spotkań na wysokiej intensywności. Wyeliminowanie w drodze do finału dwóch najwyżej rozstawionych w NBA drużyn – Cavaliers i Magic – chyba zaprzecza tej tezie…

- Boston to zespół, który się rozkręca. Zaimponował mi wygrywając w play-offach właśnie z Cleveland i Orlando. Już w samej serii finałowej podopieczni Doca Riversa też grali świetną defensywę zespołową i znakomicie przesuwali się do szybkiego ataku. Koszykarze Lakers, wracając do obrony, nie nadążali za tymi staruszkami (śmiech). Ta konfrontacja została rozstrzygnięta w niuansach. Równie dobrze mistrzami mogli zostać bostończycy. Wystarczy żeby w którymś z zaciętych momentów wpadła trójka i mecz mógłby się ułożyć inaczej.

Czy tegoroczne play-offy, zwłaszcza serie z udziałem Celtics, dowodzą, że koszykówka zmierza coraz bardziej w stronę defensywy?

- Przede wszystkim koszykówka jest coraz bardziej fizyczna. Im bardziej atletyczni gracze, tym mocniejszą grają defensywę. Jednak niskie wyniki wynikały także z ogromnego zmęczenia, a nie tylko z agresji. Mecze na ogromnej intensywności co dwa dni, w miastach oddalonych o tysiące kilometrów, to ogromny wysiłek. W jednym meczu Allen trafia jak karabin maszynowy, a w następnych seryjnie pudłuje. Oczywiście ma w tym swoją zasługę lepsza obrona rywali, ale także zmęczenie. W jednym ze spotkań doliczyłem się przynajmniej 12 przestrzelonych rzutów graczy Bostonu z czystych, wypracowanych pozycji. Te nieudane próby nie wynikały już z presji defensywy Lakers, a ze zmęczenia. Natomiast to prawda, że poziom defensywy idzie cały czas w górę.

wtorek, 22 czerwca 2010

Puchar został w Los Angeles



Ten drugi, co ze mną bloguje, w ostatnim "Słowie" podsumował zakończony finał NBA. A ja, cóż, jeszcze 2 miesiące temu dałbym sobie rękę uciąć, że Lakers, owszem, będą w finale, ale przegrają z Orlando Magic lub Cleveland Cavaliers. ostatecznie te dwie ekipy pogodzili bostończycy, ale w finale Lakersom rady nie dali. Siódmy mecz tej serii był prawdopodobnie ostatnim w karierze 35-letniego Rasheeda Wallace`a. Co prawda, obowiązuje go jeszcze dwuletni kontrakt z Celtics, ale przed meczem zwierzył się Docowi Riversowi, że chce zakończyć karierę...

Po raz drugi z rzędu mistrzami NBA zostali koszykarze Los Angeles Lakers! W nocy z czwartku na piątek polskiego czasu pokonali w siódmym spotkaniu na własnym parkiecie ekipę Boston Celtics 83:79 i obronili tym samym wywalczony rok temu tytuł. MVP finałów, z braku innego wyboru, został Kobe Bryant.

Los Angeles Lakers mają już na koncie 16 mistrzowskich tytułów. Tylko o jeden mniej od Boston Celtics. Zbliżenie się na dystans tylko jednego mistrzostwa zawdzięczają czwartkowemu zwycięstwu 83:79. Jeszcze po pięciu meczach finałowej serii na prowadzeniu 3:2 byli Celtics, którzy wygrali dwie spośród trzech gier na swoim parkiecie. Ostatnie dwa pojedynki, które padły już łupem Lakers, rozgrywane były w LA. Kalifornijczycy mecz nr 7 zaczęli bardzo nerwowo i nieskutecznie. Do przerwy legitymowali się fatalną 26-procentową skutecznością! Trafili ledwie 13 z aż 49 oddanych rzutów. Cały zespół miał na koncie tylko 6 asyst. Lider Jeziorowców nie potrafił wziąć na siebie ciężaru gry. Kobe Bryant zdobył 8 oczek, trafiając 3 z 14 rzutów z gry. Niespodziewanie najlepszym strzelcem gospodarzy do przerwy był Ron Artest – 12 oczek. Artest jako pierwsza strzelba broniących tytułu mistrzów – to mówi samo za siebie… Jedynym pozytywnym aspektem po stronie gry Jeziorowców była tablica. Do przerwy mieli aż 15 zebranych piłek w ataku! To pozwalało na ponawianie akcji i oddanie aż 49 rzutów. Liderem w tym względzie był Pau Gasol – 10 zbiórek w dwóch pierwszych ćwiartkach. Mistrzowie wykorzystywali brak podstawowego centra gości, Kendricka Perkinsa, który w poprzednim meczu nabawił się kontuzji kolana. Bostończycy mimo fatalnej dyspozycji rzutowej gospodarzy nie potrafili uciec na więcej niż kilka oczek. Na trzecią kwartę wychodzili prowadząc 40:34. Po zmianie stron postawa Lakers wcale się nie poprawiła. Celtics natomiast mądrze prowadzeni przez swojego rozgrywającego Rajona Rondo, odskoczyli na kilkanaście oczek – 49:36 po czterech minutach trzeciej ćwiartki – to była najwyższa przewaga gości. Kalifornijczycy próbowali zmniejszyć straty. Gdy tylko zeszli na sześć oczek, rzutem za trzy ukarał ich Paul Pierce – 18 punktów i 10 zbiórek w całym spotkaniu. Dzięki przewadzeniu w ilości zebranych w ataku piłek i oddanych rzutów wolnych, gospodarze zdołali nawiązać wyrównaną walkę w połowie czwartej kwarty. W odpowiednim momencie przypomniał o sobie słabo spisujący się tego dnia Derek Fisher. Jego rzut trzypunktowy doprowadził do remisu 64:64. Fisher, który był bohaterem swojej ekipy w wygranym meczu nr 3, trafił w czwartek 2-2 z dystansu. Cała drużyna miała jednak tylko 4-20 w tym elemencie! Chwilę później punkty z gry zdobył wreszcie Bryant i Lakers wyszli na kilkopunktowe prowadzenie! W ciągu ostatnich 90 sekund oba zespoły zdobyły aż po dziewięć punktów! Nagle seriami zaczęły wpadać rzuty z dystansu. Najpierw, przy wyniku 76:70 dla Lakers, trójką popisał się Rasheed Wallace. W ten sam sposób natychmiast odpowiedział mu Ron Artest (w całym meczu 20 punktów; 2-7 za trzy). Następne dwie trójki rzucili Ray Allen i Rajon Rondo i przewaga Lakers zmalała do dwóch oczek na kilkanaście sekund przed syreną kończącą spotkanie. Gospodarze nie pozwolili sobie jednak odebrać prowadzenia. Wygrali 83:79, mimo że trafiali z gry na poziomie tylko 32 procent! Ważne jednak, że oddali aż 12 rzutów więcej, które wynikały z przewagi na tablicach – Lakers zebrali aż 53 piłki, z czego 23 w ataku! Bostończycy uzbierali 40 zbiórek (8 w ataku). Poza tym Kalifornijczycy zdecydowanie częściej stawali na linii rzutów wolnych. Trafili 25 spośród 37 prób. Goście oddali tylko 17 rzutów za jeden punkt. Zbiórki, rzuty osobiste oraz pomoc w postaci punktów Rona Artesta okazały się decydującymi elementami w tym jakże emocjonującym meczu, w którym obie ekipy były jakby sparaliżowane. Znany z waleczności i zmiłowania do fizycznej walki Artest w takiej właśnie grze czuł się najlepiej.
Dzięki zwycięstwom w meczach nr 6 i 7, w których górą była defensywa, Lakers wywalczyli drugi z rzędu i 16. w historii mistrzowski tytuł. MVP finałów został Kobe Bryant, który w siódmym spotkaniu zdobył 23 punkty, przy fatalnej skuteczności 6/24! Blisko połowę ze swojego dorobku uzbierał z rzutów wolnych. Ostatni finał, w którym obie ekipy musiały rozegrać cały dystans, aby wyłonić spośród siebie zwycięzcę, odbył się w 2005 roku. Wówczas Detroit Pistons uległo San Antonio Spurs 3:4. Wcześniej, w finale sezonu 1993-94 Houston Rockets pokonało New York Knicks takim samym stosunkiem. Tegoroczny finał NBA był dopiero trzecim od ponad 20 lat, w którym rozegrana została maksymalna ilość meczów.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Celtics – Bryant 3:2

Chyba każdy koszykarski kibic na świecie marzy, aby finał NBA trwał jak najdłużej – czyli siedem spotkań. Na razie, po pięciu potyczkach, Boston Celtics prowadzi z L.A. Lakers 3:2. Ostatni mecz, rozegrany minionej nocy naszego czasu, zakończył się zwycięstwem bostończyków 92:86. To drugie z rzędu zwycięstwo mistrzów z 2008 roku. Do tej pory oba zespoły wygrywały na zmianę. Piąte spotkanie zakończyło się tylko kilkopunktową różnicą, bo po stronie gości z Los Angeles cuda robił Kobe Bryant. Superstrzelec obecnych mistrzów ligi rzucił aż 38 punktów! To jego rekord w tegorocznych finałach. Bryant nie miał jednak odpowiedniego wsparcia ze strony kolegów. Cały zespół z Kalifornii trafiał średnio ledwie 4 z 10 rzutów za dwa, podczas gdy bostończycy popisali się 62-proc. skutecznością. Wiele spośród niewykorzystanych akcji Lakers wynikało z agresywnej obrony gospodarzy, którzy dwoili się i troili, aby uniemożliwić rywalom zdobywanie punktów. Przy okazji sezonu zasadniczego wielu dziennikarzy, mnie też się to zdarzyło, nie wróżyło Bostonowi sukcesu w tym roku. Na nasze usprawiedliwienie chcę przypomnieć, że zespół ze stanu Massachusetts wówczas nie zachwycał, więc nasze przypuszczenia nie były bezzasadne. Celtics to druga najstarsza w lidze drużyna (średnia wieku ok. 30 lat), co w przypadku rozgrywania od końca października do połowy czerwca ponad stu meczów, nie pozostaje bez znaczenia. Podopieczni Doca Riversa udowadniają jednak, że determinacja i pożądanie mogą przezwyciężyć zużycie mięśni, a ogromne doświadczenie może spowodować, że najwyższa forma przychodzi na najważniejszy etap rozgrywek.

Jeden Bryant to za mało

Kobe Bryant w ciągu pierwszych 24 minut ostatniego meczu zdobył 10 punktów a jego zespół przegrywał różnicą sześciu oczek. Podczas następnych 12 minut gwiazda Lakers zdobyła aż 19 kolejnych punktów, ale przewaga gospodarzy zamiast maleć, urosła. Dlaczego? Przecież historia uczy, że nie ma wielkiej drużyny bez wybitnego zawodnika. Wystarczy spojrzeć na Chicago Bulls za czasów Jordana. Każdy zespół, chcący walczyć o klubowe mistrzostwo świata, musi mieć w swoich szeregach gracza, który w najtrudniejszych momentach weźmie na siebie ciężar zdobywania punktów. Bryant jest takim właśnie zawodnikiem. W ciągu 10 minut trzeciej kwarty ostatniego spotkania punkty dla „Jeziorowców” zdobywał tylko on! Jednak jak pokazali Celtics, wygrać z najlepszymi zespołami, które w swoich składach mają mega gwiazdy, można na dwa sposoby:

1) W półfinale Konferencji Wschodniej Boston spotkał się z Cleveland Cavaliers. Przypomnijmy, że po stronie ekipy ze stanu Ohio występuje najlepszy koszykarz w całej NBA (LeBron James). Sposobem na wyeliminowanie Cavaliers w drodze do finału było powstrzymanie Jamesa. Bez jego punktów zespół nie był w stanie prawidłowo funkcjonować i wygrać z Bostonem.

2) Zupełnie inaczej wygląda postawa Celtic wobec Lakers. Bryant zdobywa ponad 30 punktów, ale co z tego, skoro jego koledzy nie potrafią przebić się przez perfekcyjną defensywę doświadczonych bostończyków. Mimo że Bryant w trzeciej ćwiartce zdobył w sumie aż 19 punktów, trafiając 7 z 11 oddanych rzutów (co jeśli się nie mylę zbliża się do rekordu NBA), przewaga bostończyków rosła. Gospodarze uzbierali aż 9 asyst więcej od zespołu z Kalifornii, co przełożyło się na jakże istotne zwycięstwo. Krótko mówiąc, dobrze ułożony zespół dobrych zawodników, może pokonać ekipę z wybitnym strzelcem w składzie. Szóste spotkanie, już w Los Angeles, odbędzie się w nocy z wtorku na środę polskiego czasu. Jeśli Lakersi nie uruchomią innej „strzelby” poza Kobe Bryantem, mogą już w szóstym spotkaniu tej serii przegrać mistrzostwo NBA.